Cukier

Witajcie! Siedząc w szpitalu i kończąc rozpoczęte dwa posty, mam dla Was opowiadanie. Napisane na pewną okazję, ale nieopublikowane nigdzie (może poza jednym, prywatnym zbiorem w liczbie egzemplarzy: 1). Dlatego chciałabym, aby dzisiaj zagościło na moim blogu  (całkiem je lubię, tak, przyznaję się 🙂 ). Imię głównej bohaterki zostało zmienione, aby nie wskazywało na nikogo konkretnego. Podobieństwo krajobrazu do miejsc rzeczywistych jest częściowo nieprzypadkowe. O reszcie sami zdecydujcie 🙂

Cukier

Dawno, dawno temu żyła sobie piękna i bardzo mądra, Lukrowa Królewna. Razem z królewską rodziną założyła elitarne liceum dla dzieci z cukrowej dzielnicy. Wkrótce szkoła, w której nauczali wybitni oraz niesamowicie przyjaźni nauczyciele stała się najlepszą w kraju.

Królewna miała jednak bardzo mało szczęścia i pewnego dnia zakochał się w niej okrutny czarownik. Ona nie odwzajemniła jego uczucia, a rozwścieczony mag zamienił ją w wielką mysz. Wraz z przemianą wizualną, stopniowo zmieniała się jej wymowa – zaczęła charakterystycznie, niewyraźnie „piszczeć” każde słowo. Uczniowie dziwili się jej nowemu wyglądowi, a część z nich zaczęła wyśmiewać sposób przemawiania dyrektorki. Lukrowa Królewna, bardzo zła na swoich wychowanków, postanowiła zemścić się za ich brak empatii i wyrozumiałości. Nakazała na lekcjach literatury recytować z pamięci „pana Tadeusza” oraz „Krzyżaków”. Ci, którzy nie potrafili zrobić tego poprawnie i szczegółowo, mieli zostać upupieni. Pewnego dnia nad liceum zawisły czarne chmury.

**************************

Był ciepły, wiosenny dzień, kiedy mała Łucja obudziła się nagle na środku wielobarwnego, kwiatowego klombu. Dopiero po chwili zaczęło do niej docierać, że z głębokiego snu wybudził ją złowieszczy dzwonek, zwiastujący nadjeżdżającą maszynę, prowadzoną przez wykrzywionego motorniczego, a to, co gniotło ją w plecy, wcale nie było kamyczkami ani gałęziami, tylko dwoma, wielkimi, metalowymi szynami. Przeturlała się więc szybko na bok, kącikiem oka żegnając przycięty przez stalowe koła kosmyk swoich ciemnych włosów.

-Było blisko. – westchnęła sama do siebie, mrugając z przerażeniem wymalowanym na dziecinnej twarzy.

Tuż za klombem tramwaj się zatrzymał, a zza drzwi wypadł czarny kocur w pasiastym garniturze i cylindrze, z pozłacanym monoklem na jednym oku.

-Kotom dalej nie wolno! – dało się słyszeć z kabiny – Dla pana bilet był w jedną stronę.
-Phi, przecież kupiłem dobowy! – prychnął zwierzak, wygładzając swój pasiasty garnitur.
-Ale ja panu mówię, że to koniec pana jazdy. Ja jestem motorniczym.
-W takim razie czas na mnie. – poprawił osadzenie cylindra na głowie i skierował się w stronę półleżącej dziewczynki.

Tramwaj odjechał.

-Ach, witam panią, Łucjo, witam. – ukłonił się i podał jej okrągłą łapę.
Łucja ujęła ją bardzo niepewnie i wstała, robiąc przy tym takie oczy, jakby zaraz miały wyskoczyć jej z głowy i wylecieć na daleką orbitę, niczym dwa, wielkie spodki.

-Jaki ja mam… dziwny sen…
– Sen… Niech sobie panienka nazywa to jak chce, gdyż ma do tego pełne prawo.
– Słucham?
– Przecież to ty, Łucjo, decydujesz o tym, co jest prawdą, a co sennym marzeniem.
– Ja? Czyli to nie jest sen?
– Czy nim jest, czy nie jest… Ja nie wiem. Nie wiem, czy istnieję. Być może jestem w twoim umyśle, a może i w umysłach innych… Ale to zależy od ich woli, czy chcą przyjąć moje istnienie. Dla każdego mogę też być inny. Tak już jest skonstruowany ten świat… i każdy inny.
– To… są jakieś inne światy?
– Ach, najprawdopodobniej! Światów jest tyle, ilu ludzi na świecie. Ale wszystkie gdzieś się spotykają. Każda bajka i każdy koszmar. Każda książka i każdy wiersz, Przedstawienie, film i piosenka. Obraz i zdjęcie. Wszystko łączy się w tym mieście w pewien sposób… I z powodu takiego połączenia panienkę spotykam.
– Jak to? Przecież to tylko przypadek, ja pana nie znam, panie Kocie.
– Znów masz prawo nazywać to, jak chcesz. Ale najprawdopodobniej ten przypadek został przez kogoś już wcześniej napisany w historii, w której odgrywa pani mniejszą lub większa rolę.
– Słucham?!
– Nie traćmy czasu, chodźmy, chodźmy. Ma panienka Łucja w tej historii zadanie do spełnienia.
– Ale w jakiej historii?
To się jeszcze okaże. – w oku Kota pojawił się tajemniczy błysk.

Kocur wziął dziewczynkę pod rękę. Był zdecydowanie większy od małej Łucji. Zaraz, właściwie ile ona mogła mieć lat? 7? 10? 12? A może 30? 37? Zawieszona w dziwnym, oderwanym od rzeczywistości momencie nie wiedziała już, czy będąc w tym niewielkim ciele naprawdę jest dzieckiem, a może tylko jej się tak wydaje. Choć gdyby teraz miała wypełnić jakiś dokument, z największą pewnością zapisałaby „7”.

Kroczyli szybko i miękko dziwnym, dostojnym krokiem, niczym w jakimś fantastycznym tańcu. Szli powoli, ale jednocześnie poruszali się dosyć szybko. Mogli frunąć ponad powierzchnią, albo jechać na niewidzialnych łyżwach po ulicznej kostce.

-Jak to robisz? – spytała zdziwiona.
– Ja? Spójrz, przecież to ty!

Nie rozumiała.

Mijali setki przechodniów. Były wśród nich inne koty, krokodyle, psy, smoki, konie i centaury. Były hieny i tygrysy. Kruki, łabędzie i kaczki. Wilki i sarny, lemury i leniwce. Przelecieli obok piekarni, cukierni, siedziby poczty. Biegli wzdłuż torów tramwajowych i skakali po dachach stoisk z kwiatami. Przemknęli obok banku i butiku aż w końcu dotarli do kawiarni na rogu.

Wewnątrz panowała jakaś dziwnie otumaniająca, hipnotyzująca i oczarowująca atmosfera. Zapach kawy mieszał się z cynamonem i grzanym winem z pomarańczą. Na podeście kwintet smyczkowy, złożony z orła, kury, albatrosa, kaczki i przepiórki, dyrygowany przez dwunożnego kozła grał ten rodzaj muzyki, który najpierw próbuje odebrać ci wszystkie zdrowe zmysły, a potem przepełnia twój umysł po brzegi nowymi odczuciami i kompletnie innym sposobem postrzegania świata.
Łucja nie wiedziała co ma robić. Odczuwała irracjonalny spokój oraz chęć działania. Coś w jej głowie krzyczało jednak, że powinna czuć się osaczona przez nieznajomych. Ale tak nie było. W okamgnieniu przeszyła ją pewność siebie i pozytywna energia… I coś jeszcze. Przepełniona całkiem nowymi uczuciami wgramoliła się na wysoki stołek przy wielkim, drewnianym, odrapanym z lakieru barze. Kocur usiadł obok i rzucił Barmanowi-Lisowi trzy złote, czekoladowe monety.

-Dla mnie i tej pani. – powiedział.

Na blacie z hukiem wylądowały dwie wysokie, opalowe szklanki. Dziewczynka złapała swoją, jak to bywa w przypadku małych, spragnionych dzieci – zupełnie nieuważnie. Wlała sobie ogromny haust do ust… i chyba szybko tego pożałowała.

-Auu!
– O co chodzi? – spytał Barman-Lis
– Gorąca! Nie wiedziałam, że dostanę kawę.
– Kawę mówisz, hmm… – zamyślił się Barman.
– Sam mi ją pan zaserwował! – krzyknęła rozzłoszczona Łucja.
– Ja podałem panience tylko napój. A jaki, to już nie ode mnie zależy.
– Słucham? – zdziwiła się.

Siedzący obok Kocur roześmiał się.

-Oj, moje dziecko… Popatrz tutaj. – powiedział, trzymając swoją szklankę w puszystych łapach – Co widzisz?
– Coś… płynnego, gęstego… Śmierdzi!
– Hahaha! To benzyna, moja droga. A teraz proszę, weź to w ręce i napij się.
– Nigdy tego nie przełknę! – powiedziała, biorąc szybkim ruchem kocie naczynie. I wtedy zdziwiła się. W obu dłoniach trzymała szklanki, pełne pysznego cappuccino.
Wlepiła swoje niedowierzające spojrzenie w Lisa, aby potem skierować je ponownie w stronę Kocura, który odebrał swoją porcje z jej rąk. Kawa znów stała się benzyną.

-Niczego nie rozumiem.
– W tym miejscu dostajesz to, czego najbardziej potrzebujesz. Dlatego ty dzisiaj dostałaś kawę, ja natomiast benzynę. Ale pamiętaj, że to nie jest równoznaczne z tym, czego pragniesz. Bo o wiele bardziej chciałbym, żeby w szklance pojawił się schłodzony spirytus. – zaśmiał się jej towarzysz – Ale wczoraj zraniłem się w łapę… dzisiaj muszę ją wyleczyć.
– Czyli dostanę tutaj bilet na tramwaj numer 7? – dziewczynka podskoczyła uradowana.

Kot i Lis spojrzeli na siebie ze zrozumieniem.
– Owszem, Łucjo, dostaniesz. – przytaknął jej po chwili Kocur.
– Opierając się o ladę, Barman pogładził swoją rudą kitę drugą łapą, śmiejąc się pod nosem.

-Pięćset tysięcy cukrowych talarów. – syknął, obracając w palcach małą, błyszczącą karteczkę.
– Jak to? Aż tyle?
– Aż tyle? Daję panience dużą zniżkę!
– Chce mnie pan oszukać?!
– My, lisy jesteśmy uważani za przebiegłych oszustów. Nie ma nic bardziej mylnego niż ów stereotyp. Po prostu doskonale umiemy odczytywać ludzkie dusze – wszelkie potrzeby, pragnienia, zamiary.
– Ale co to ma do rzeczy?! – zirytowała się już na dobre.
– To, że znamy prawdziwą cenę wszystkiego.
– Nie rozumiem! – krzyknęła i uderzyła pięścią w blat baru.
– Wy, ludzie, i to wasze „rozumienie”… Akurat czasami nie ma niczego do „rozumienia”!

Znudzona i bardzo poirytowana dziewczynka zaczęła desperacko grzebać w kieszeni, w poszukiwaniu chociażby grosza, który mogłaby zaoferować lisowi w zamian za bilet. Ku jej zdziwieniu wyciągnęła nagle z małej kieszonki banknoty o łącznej wartości ośmiuset tysięcy talarów.
– Jak to? – powiedziała szeptem z niedowierzaniem – Jakim cudem?
– Dlatego, żeby wszystko było, jak być powinno. Tak już jest urządzony świat. – rzekł kot, wypijając ostatni łyk benzyny.

Zapłaciła za bilet i szybko wybiegła z baru, kierując się na pobliski przystanek.

-Ech, ci ludzie. Mówią, że chcą sprawiedliwości. A to wcale nie prawda. Bo kiedy jesteś sprawiedliwy, to zaczynają się ponownie wykłócać. Nie rozumieją, że w życiu nie ma niczego za darmo, a my, lisy, jesteśmy tylko barmanami i sklepikarzami, czasami małymi urzędnikami. Nie mamy w sobie ani cząstki przychylnej wróżki, która wyczaruje coś z niczego. Ale jesteśmy chyba jedynymi sprawiedliwymi osobami w tym kraju.
******************************************************
Zdążyła dobiec do tramwaju numer siedem, zanim drzwi bezpowrotnie się zatrzasnęły. Podeszła do eleganckiego maszynisty, który wziął od niej bilet i jednym kłapnięciem zębów odciął jego kawałek.
– Witamy uroczą panienkę, życzymy miłej podróży!

Następie kontynuował konsumpcję orzechów włoskich, polanych różowym lukrem, które zapewne kupił w cukrowej dzielnicy, do której właśnie zmierzali pasażerowie tramwaju numer 7.

Pojazd ruszył i przez chwilę Łucja miała wrażenie, że czasoprzestrzeń wessie jej ciało i rozproszy każdy atom po orbicie szalonego pędu, w którym trwali. I wtedy nagle…

-Proszę wysiąść!

Cukrowa dzielnica zawsze była tą najbardziej zaludnioną, ale i najładniejszą w całym mieście. Wszystkie budynki wydzielały piękne zapachy. Były zbudowane ze słodkiego piernika, kolorowego lukru i marcepanu. Trawa oraz kwiaty spowite zostały dawno temu wata cukrową, a podziemnymi kanałami płynęły miód i mleko. W samym centrum znajdował się ogromny kompleks ze wspaniałym, czekoladowym pałacem, ciasteczkową oranżerią oraz Lukrowym Liceum.

Prowadzona przez pudrową ścieżkę, doszła w końcu do głównego wejścia. Kiedy waflowe wrota otworzyły się, zapraszając dziewczynkę wspaniałym aromatem migdałów…

W środku aż roiło się od myszy oraz szczurów. Gryzonie chodziły z wysoko podniesionymi głowami, patrząc z góry na przemykających ludzi, wróżki, ołowianych żołnierzyków, kruki, orły i sowy ze stulonymi dziobami oraz smutne jenoty, obolałe żółwie i przerażone koniki na biegunach.

-Coś tutaj jest nie tak… – powiedziała pod nosem Łucja, jakby sama do siebie.

Skierowała się do gabinetu, na którym wisiała kartka z napisem „rozmowa rekrutacyjna”.

W środku siedział nikt inny jak Cukrowa Królewna, choć jedynym znakiem, po którym można było ją teraz rozpoznać, była korona z białej czekolady. Za pięknym biurkiem, wykonanym z najwspanialszego lukru, siedziała teraz groźnie patrząca mysz. Na podeście w drugiej części pokoju siedział przy pięknym fortepianie z gorzkiej czekolady Biały Kruk i wydobywał z niego piękne, choć niesamowicie smutne dźwięki.

-Dzień dobry, ja przyszłam zatrudnić się tutaj.
– Zatrudnić? A ile ty masz lat dziecko? Piętnaście? – zaskrzeczała piskliwym, przeszywającym głosem mysz.
– Piętnaście… To ciekawe, kiedy wchodziłam do kawiarni wydawało mi się, że mam siedem. – pomyślała.
– Chciałabym uczyć literatury. Bardzo przyda się w tym liceum nowy nauczyciel.
– Ach, oczywiście, oczywiście. – wycedziła przez wielkie trzonowce Królewna-Mysz – Czy w takim razie… jesteś w stanie wyrecytować całych „Krzyżaków” z pamięci?
– Nie jestem w stanie. I powiem więcej… bardzo się z tego cieszę!
– To może chociaż „Pana Tadeusza”?
– Też nie zamierzam.
– To bardzo źle… Inaczej będę musiała cię przyjąć jako uczennicę i upupić.
– Co się stało, Cukrowa Królewno? Dlaczego już nie jesteś piękna? – zapytała rozżalona Łucja.
– Ty mała! Ty też masz czelność śmiać się z mojego wyglądu! Upupić! Upupić natychmiast! Niedojrzała smarkula!
– Nie o chodzi mi tutaj o wygląd. – oczy nastolatki przeszyły groźnym i pełnym zdecydowania spojrzeniem zagubione spojrzenie myszy.
Wtedy Kruk nagle zmienił grany utwór. Z podestu dało się słyszeć fortepianową wersję starego, ulubionego kiedyś tańca królewny.

-Dość tego! – zakrzyknęła Mysz i podeszła do Kruka, bijąc go łapą na tyle mocno, że spadł ze stołka i obijając się plecami o podest upadł na marcepanowy dywan.
– „Ideał sięgnął bruku.” – smutno zacytowała Łucja.
– Jak śmiesz! A jednak umiesz zacytować, smarkulo, ale nie to, co trzeba! Ciebie to dopiero trzeba…

Drzwi do gabinetu otworzyły się, a przez nie wleciała chmara słowików, śpiewających marszową melodię. Po chwili wszedł przez nie Kierowca tramwaju numer 7.

-Czy, Droga Królewno, pamiętasz, kiedy dokładnie zaczęłaś zmieniać się w mysz? – powiedział zawadiackim tonem.
– Siedem lat temu zrobił to zły czarnoksiężnik!
– Mówię o tym , kiedy naprawdę zaczęłaś zmieniać się w mysz. Ty sama. Jestem w stanie zdjąć z ciebie czary, ale tego, co sama zrobiłaś nie będę mógł zmienić.

Kierowca machnął dłonią i wtedy, w miejscu Myszy, stanęła przed nimi Cukrowa Królewna w swojej prawdziwej, pięknej postaci, w sukni ułożonej z płatków migdałowych, lukrowych pantoflach oraz przepięknej koronie z białej czekolady, zatkniętej z wdziękiem na włosach z waty cukrowej. Posiadała śliczną twarz z marcepanu, uformowanego w najpiękniejszą formę, jaką widziały kwiatowa i cukrowa dzielnica, a może i cały kraj.

-Ale… jak to… dziękuję bardzo… – wyszeptała…? Nie, zaskrzeczała.
– Tylko głos ci został. Możliwe, że to nieco przejdzie z czasem. Musisz się o to starać. To chyba będzie mysia pamiątka po wszystkim. – zaśmiał się Motorniczy.

******************************
Dorosła Łucja obudziła się przed lekcją, na krześle przy biurku, stojącym na środku sali. Jak dobrze, że coś wyrwało ją z sennych marzeń, dzisiaj miała swoje pierwsze zajęcia jako nauczycielka literatury w Lukrowym Liceum. Nie powinna spać.

Gdy zabrzmiał dzwonek, nagle na krzesłach pojawili się młodzi uczniowie z pierwszego rocznika, siadając w czekoladowych ławkach. Były wśród nich owce, kozy, barany, orły, kruki, sowy, jaszczurki, szopy, lisy, lwy, wróżki, fauny, pluszowe niedźwiedzie.

Biorąc do ręki pióro z czarnej lukrecji i maczając je w kałamarzu z sosem malinowym, zauważyła, że odchodzi od niego wiele srebrnych nici. Jedna z nich ciągnęła się aż do jej klatki piersiowej. Reszta odchodziła od ciał nowych uczniów. Teraz mogła zauważyć dokładniej – każdy z nich posiadał dwie nici – pierwszą idącą od własnego pióra, a drugą – od pióra nauczycielki. Tylko ona sama posiadała jedynie własną nić. Zamoczyła herbatnikową stalówkę w słodkim atramencie i zaczęła pisać wraz z uczniami zupełnie nową historię – ich, swoją oraz Lukrowej Szkoły. Wszyscy tak samo jak w tej bajce, w rzeczywistości także żyli długo i szczęśliwie.

A na cukrowym żyrandolu siedział niewidzialny Kot i owijał wokół wąsów kawałek zerwanej dawno, srebrnej nici, śmiejąc się pogodnie pod nosem.

img_5023

Podoba się? OBSERWUJ —>

W sprzedaży płyta Sacrimonii! http://sacrimoniaofficial.8merch.com/services/store

Poza tym ukazał się mój kolejny artykuł w magazynie „Kyaa!” : https://manganime.pl/kyaa-47-p-17922.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s