Kacik polecen #3: Marzec 2016

Marzec to dziwny miesiąc. Z jednej strony robi się, cieplej, z drugiej – wciąż jest zimno, a do tego mokro. Przyjemne, zimowe dni odchodzą w zapomnienie,  wprawiając nas w coroczną nostalgię. Z drugiej strony ciepły, wiosenny okres idzie do kraju kwitnącej cebuli tak ślamazarnie, że nie wiesz już czy się denerwować i płakać, czy może zupełnie tracić nadzieję na to, że kiedyś wyjdziesz w shortach, napić się rano kawy na tarasie. To czas zdenerwowania na wszystko, co się rusza (albo i nie rusza, jak na przykład stare meble w pokoju) oraz zmiennych nastrojów. Często tak zmiennych, że nawet nie wiemy za co się zabrać, żeby nie odłożyć tego po minucie. Dzisiaj proszę – jeśli wybierzecie coś z tego, co przedstawię, to dokończcie to. Nie będziecie żałować (przynajmniej przełamiecie permanentny stan „nicniechcenia – zadużochcenia”, a to cudowne uczucie).

IMG_3905

KSIĄŻKA – Pan Lodowego Ogrodu – Jarosław Grzędowicz

IMG_3908

Na ogromną niechęć do wszystkiego warto czasami sięgnąć po fantastykę. Na nasze szczęście zdarzają się tacy twórcy, dla których smoki i trzymająca w napięciu historia, zwieńczona wielką bitwą, to nie wszystko. Do nich możemy zaliczyć Grzędowicza ze swoją fantastyczną, ale jednocześnie niebanalną, czterotomową powieścią „Pan Lodowego Ogrodu”. Upiory i potworne stworzenia różnej maści, człowiekopodobne istoty, mające niejednoznaczne zamiary, uroczyska, cmentarz katatoników. Wciąż brzmi zwyczajnie? Obiecuję Wam, że na pewno nie… Ale więcej zdradzać nie będę, niech każdy przekona się sam.

KOMIKS – Noragami – Adachi & Tokashiki (Adachitoka)

IMG_3906

Przyjemny w odbiorze shonen, nie skupiający się tylko i wyłącznie na walkach, ale posiadający genialną fabułę i nieco głębsze przesłania z tomu na tom (jednocześnie autorki nie próbują nas w żaden sposób moralizować, uff…). Świetnie skonstruowani i łapiący za serce bohaterowie, piękna oprawa graficzna i naprawdę dobra konstrukcja świata.To wszystko wciągnęło mnie na dobre i (jakimś dziwnym cudem) na półce pojawiły się już trzy tomy (kiedy sądziłam, że na pierwszym poprzestanę, bo to pewnie kolejna „nudna nowość”). Serdecznie polecam na czas, kiedy złapie Was wczesnowiosenny dół. Już pierwszy rozdział wybije Wam go z głowy!

FILM- Wilcze Dzieci (2012)

IMG_3909

  • Scenariusz:  Mamoru Hosoda i Satoko Okudera. Reżyseria:  Mamoru Hosoda.
  • Produkcja: Studio Chizu, Madhouse Inc..
  • Gatunek: Animacja (fantasy/okruchy życia).
  • Wygrana Nagroda Japońskiej Akademii Filmowej jako „Animacja filmowa roku” 2013, wygrana Tokyo Anime Award „Animacja roku” 2013, 3-cie miejsce Newtype Anime Awards „Film roku” 2013, wygrana „Nagroda publiczności” New York International Children’s Film Festival… oraz 3 inne nagrody.

Produkcja drugiego największego (zaraz po legendarnym już Miyazakim) japońskiego twórcy animacji to niesamowita i piękna wizulanie opowieść o poszukiwaniu tożsamości przez dorastające pół-wilcze, pół-ludzkie dzieci. Bardzo rzadko można znaleźć tak dobry film animowany. Jeśli nie wiecie, co zrobić w wielkanocny wieczór, to usiądźcie przed ekranem i włączcie Wilcze Dzieci.

PŁYTA – Par Un Sourire – Bonjour Tristesse

IMG_3907

  • Gatunek: Depressive/Suicidal Black Metal.
  • Produkcja: Self Mutilation Services.

Dzisiaj sięgnę po coś specyficznego, skierowanego do wielbicieli bardzo ciężkich, depresyjnych brzmień. Niemiecki Bonjour Tristesse to raczej mało znany projekt, możliwe, że ze względu na to, że jest jeszcze dosyć nowy. Przyjrzyjmy się dokładniej ich pierwszemu longplayowi, Par Un Sourire.

To, co widzimy na początku, to estetyczna czarno-biała okładka, z grafiką częściowo przypominającą zdjęcie, częściowo komputerowy „rysunek”, ukazującą gołębie na biednych przedmieściach lub w opuszczonej dzielnicy miasta. Pod spodem widnieje raczej mało czytelne logo. Całość oprawiona jest w klasyczną, grubą, plastikową okładkę i posiada bardzo dobrze wykonany i wydrukowany w dobrej jakości (także czarno-biały) booklet („książeczkę”) z klimatycznymi zdjęciami. *

Par Un Sourire to jeden z najbardziej jednorodnych stylistycznie albumów, jakie znam. I może, gdyby zdarzyło się to na płycie innego projektu, to mogłoby to przeszkadzać. Uznałabym ją za mało ciekawą. Ale tutaj monotonia w ogóle nie przeszkadza, a wręcz jest ogromną zaletą longplaya (powoduje w efekcie także to, że ciężko jest w ogóle pisać o poszczególnych utworach). Jednorodne, powtarzane wielokrotnie riffy, grane w bardzo prostym rytmie przez klasyczny zestaw gitary, basu i perkusji, czasami dopełniany przez pianino lub syntezator i wykończony histerycznym, screamowym wokalem. Możemy mieć wrażenie, jakbyśmy właśnie słuchali czterdziesto-minutowego utworu, a nie całego albumu. Nadaje to niesamowitego klimatu i wprowadza odbiorcę w specyficzny „trans”, któremu towarzyszą uczucia spokoju i lekkiej melancholii. Utwory są bardzo proste, nieskomplikowane. W tym wypadku jednak, dobrze wykonana prostota zdaje egzamin. Niestety wokalu nie można nazwać mocną stroną Bonjour Tristesse, ale wraz ze studyjnymi efektami na niego nałożonymi, pasuje do reszty i nie przeszkadza, a niektórym może wydawać się dobrym, emocjonalnym wykończeniem.

Tym, do czego można mieć zastrzeżenia jest jakość nagrania i miksu. Nie jest wprawdzie bardzo zła i widać, że płyta nie była efektem „zabawy w domu przy interfejsie”, ale często dźwięki są mało selektywne, a instrumenty (niewiele, ale jednak) „zlewają się” ze sobą, tworząc delikatny szum. Efekty nałożone na poszczególne ścieżki wprawdzie idealnie pasują do klimatu muzyki, ale przez nie do końca dobry miks przeszkadzają nieco w odbiorze.

Par Un Sourire to płyta na swój sposób piękna i wyjątkowa. Utwory na niej zawarte są bardzo spójne i niesamowicie klimatyczne, do tego proste i tak samo prosto, ale poprawnie wykonane. Ten album został raczej przeznaczony do słuchania w samotności i idealnie nadaje się zarówno do spokojnego odbioru w domowym zaciszu, jak i przy okazji dłuższych spacerów w mieście, czy wieczornego joggingu (zapewne dzięki powtarzalnemu rytmowi). Nie jest to ani arcydzieło wirtuozerii, ani też mistrzostwo w warstwie dźwiękowej nagrania, za to jest to coś naprawdę wyjątkowego. To almum, który słuchany z zastanowieniem pomaga w pewnym stopniu odłączyć się od swoich dotychczasowych myśli i wejść w niesamowity stan upojnej, spokojniej melancholii i wyciszenia.

*Posiadam pierwsze wydanie z 2010 roku, wydanie nowe, czyli z 2015 jest sprzedawane w digipacku.

MIEJSCE – Cofeina Cafe,

kawiarnia, Polna 54 (Warszawa)

Cofeina to miejsce, gdzie niemal codziennie spędzam swój poranek, pisząc między innymi to, co właśnie czytacie 🙂 Duży wybór różnych rodzajów dobrej kawy i herbaty, bardzo dobre piwa i gazowane napoje na bazie coli czy yerba mate i coś niewielkiego „na ząb” do ulubionego picia. Całkiem przyjazna muzyka w tle, ogólnodostępne Wi-Fi i ciepły, estetyczny wystrój.

  • Kawa: 7/10.
  • Herbata: 9/10.
  • Piwo: 9/10.
  • Obsługa: 7/10 – ostatnio zdecydowanie się poprawiła w stosunku do tego, co było rok lub dwa lata temu, bariści są mili i pomocni.
  • Klimat: 7/10.

NAPÓJ MIESIĄCA – Yerba Mate!

IMG_3798

Tradycyjny południowoamerykański wywar z ostrokrzewu paragwajskiego, parzony w tykwie i pity przez rodzaj słomki-łyżki zwanej „bombillą”. Jeden z moich ulubionych naparów, ostatnio ponownie towarzyszył mi często przy wieczornej lekturze.

Podoba się? Skomentuj, udostępnij, polub.

Obserwuj! –>

Jacy są wasi „ulubieńcy marca”? Zostawcie komentarze 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s