Kask – bezpieczenstwo i elegancja; zmiana z GPA na Samshield Missshield

IMG_7526

Mam napisać coś o kasku no i dobra… Ale oprócz tego, że opiszę tutaj swój nowy kask, stwierdziłam, że zrobię z tego postu wpis nieco pouczający. Dlaczego? Na wielu forach, stronach i grupach ciągle słyszę różne „dziwne” opinie na temat kasku i bezpieczeństwa ludzkiej głowy w jeździectwie. Czasami aż boję się, co może z tego wyniknąć. Dlatego zanim opiszę poszczególne modele przetestowanych przeze mnie, w warunkach bojowych, dobrych kasków, powiem co to jest tak naprawdę „dobry kask” i dlaczego powinniśmy w taki zainwestować. „Let’s jam!”

widget-3.jpg

Przede wszystkim powiedzmy to wprost – głowa z naszym mózgiem to najważniejsza część ludzkiego ciała. Nikt, komu życie miłe, nie chce jej roztrzaskać. Dlatego przy uprawianiu niektórych sportów, w tym jeździectwa, nosimy kaski. Tak, KASKI, a nie atrapy. Stanowisko Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej na ten temat jest jednoznaczne:

Always wear your helmet when riding. Wearing a helmet (certified with applicable and recognized standards) when riding may greatly reduce injury and in some cases save a rider’s life. Helmets must be worn whenever sitting on a horse, as falls hazards are not predictable. To make sure your helmet will protect you, please remember that:

1- Helmets only deliver protection when they fit correctly and are properly fastened.

2- After being subjected to a severe blow, a helmet should be replaced even if there is no visible alteration. A helmet can be damaged without external signs of it. This is because the inner shell could be damaged, reducing the protection in some areas.

Kask powinien być przez jeźdźca noszony zawsze, kiedy jeździec jest na koniu i posiadać odpowiednie atesty (numery i nazwy wypisane dokładnie w dokumentach i rozporządzeniach na stronie FEI). Mimo to, cały czas słyszy się opinie na temat „snobizmu sprzętowego”, na który rzekomo chorują osoby, które opowiadają się za tym, żeby kask był droższy, ale lepiej chronił głowę jeźdźca. Ciągle przedzierają się krzyki tych, którzy kupili ponoć znakomity kasko-toczek za 100 złotych w markecie sportowym – z samego styropianu, czasami pokrytego cienką warstwą taniego plastiku, bez atestów, nieraz z „finezyjnym”, potwornie odpustowym wzorkiem. Powiem to jasno i wyraźnie – mój wpis nie ma na celu obrażenia kogoś z mniejszą ilością pieniędzy, jestem jak najdalsza od tego. Chcę jedynie dać niektórym do zrozumienia, że na bezpieczeństwie się nie oszczędza, a atestowane kaski renomowanych firm z jakiegoś powodu mają swoją cenę i z jakiegoś też powodu FEI wydaje swoje oświadczenia na temat ich dopasowywania i atestowania. Tanie kaski bez atestów i z nieodpowiednich materiałów to jedynie „atrapy”, które nie ochronią dobrze głowy przy poważnym upadku. Jeśli możecie wydać dużo pieniędzy na np. dobre siodło, to na pewno możecie kupić sobie nawet prosty i mało ozdobny, ale przyzwoity i schludny, nowy kask z odpowiednim atestem z dobrych materiałów (takich jak m.in. tytan, kevlar i włókno węglowe). Jeździectwo nie jest tanim sportem, ale jeśli już decydujemy się na jego uprawianie, to bezpieczeństwo jest ostatnią rzeczą, na której możemy oszczędzać.

Poniżej spis niektórych renomowanych firm, specjalizujących się w produkcji bezpiecznych kasków, odpowiadające standardom FEI:

  • Samshield
  • GPA
  • Charles Owen
  • KEP
  • Uvex

Jeśli to już wiemy, to przejdźmy teraz do przyjemniejszej części, czyli – jakie kaski wybierałam i dlaczego?

Praktycznie od początku swojej przygody z końmi jeździłam w kaskach GPA. Ta firma była jedną z pierwszych, produkujących tak dobre kaski, jaka rozpowszechniła się na Polskim rynku, wtedy też pojawiła się nowa wersja jednego ze „sztandarowych” modeli, czyli Titium, słynącego ze swojej karbonowo-tytanowej konstrukcji, która wtedy była sporą innowacją.

Zrzut ekranu 2017-05-10 o 23.26.45

Kolejny był GPA Speed Air Evolution Bicolour – miał dobrą wentylację, także karbonowo-tytanową konstrukcję i był bardzo lekki, wyglądał surowo, aczkolwiek elegancko.

Zrzut ekranu 2017-05-16 o 00.07.16

Po nim była jego, można powiedzieć, damska wersja z szerokim rondem zamiast klasycznego daszka – GPA First Lady.

Zrzut ekranu 2017-05-16 o 00.15.40

Jednak na zeszłorocznej Cavaliadzie dowiedziałam się, że od 2017 roku wchodzi nowy model Samshielda – Missshield. I powiem szczerze, coś mnie tknęło, kiedy usłyszałam o opcji kasku jednego z najlepszych i najelegantszych kasków z dużym rondem i… ogromną ilością kryształów Swarovskiego! Tak, to miało być to – bezpieczny, wygodny i typowo damski, lśniący kask. Pomierzyliśmy moją głowę, a sklepowi Equishop (https://www.equishop.com/pl/) powierzyliśmy resztę. Wybrałam opcję granatowej alcantary  z jasnoniebieskimi i białymi kryształami – pozostało czekać.

IMG_7529

Przyszedł, leżał idealnie i, krótko mówiąc, moje uwielbienie było wielkie odkąd po raz pierwszy założyłam go na głowę! Kask okazał się nie tylko bezpieczny i przepiękny – ale i niesamowicie praktyczny. I to praktycznością i łatwością pielęgnacji zdecydowanie wygrywa z moimi poprzednimi GPA. Jest wprawdzie minimalnie cięższy od First Lady, ale przy użytkowaniu w ogóle tego nie czuć. Za to ma wymienny wkład (opcja letnia i ewentualna zimowa), który można prać oddzielnie, dopinany na nieuwierające, specjalnie zaprojektowane wbudowane zatrzaski. To, co denerwowało mnie w GPA, to rzepy do pojedynczych gąbeczek wyścielających wnętrze kasku, które niestety łatwo się urywały oraz gąbczasty materiał na obwodzie przy czole, który potwornie nasiąkał potem. Mimo, że wszystkie kaski opisywane w tym poście posiadają w środku substancję z antybakteryjnymi jonami srebra, to prawda jest taka, że mimo tego, po około 3 latach kask zaczyna nabierać nieprzyjemnego zapachu – a wtedy trzeba go uprać, dokładnie wyczyścić. I w GPA to właśnie tutaj zaczynały się schody – nie za bardzo było wiadomo, jak ugryźć ten temat i co z tym fantem zrobić. Kończyło się na nie zawsze udanym praniu w pralce… Hmm, na szczęście w nowym Missshield nie ma tego problemu – wystarczy bardzo łatwo odpiąć wewnętrzną wkładkę, wyprać ją, a całość od wewnątrz przetrzeć wilgotną szmatką – pielęgnacja jest o wiele łatwiejsza! Ma też świetną wentylację. Do tego chyba nie ma bardziej damskiego i eleganckiego kasku, który jednocześnie chroniłby i robił takie wrażenie czysto „estetyczne” 🙂 Niech służy mi jak najdłużej, bo jest przecudowny!

Jeszcze raz dziękuję EQUISHOP!

Reklamy

Jak dobralam siodlo idealne – o Prestige X-Breath K Lux i jego bracie. Historia moich siodel.

3W2A0663ps

Siodła, siodła, przecież jest jest ich tyle, a ciągle coś nie pasuje! Dzisiaj trochę o moich przygodach z siodłami i jak znalazłam siodło idealne. Od razu zaznaczę – nie będę opisywać specjalistycznych aspektów doboru siodła do konia i jeźdźca, od tego są eksperci (do których ja się zgłosiłam i o których też dzisiaj opowiem), skupię się na własnych przeżyciach i na tym, co cenię sobie w swoich obecnych siodłach. Jak udało mi się znaleźć „to jedyne”, doskonałe dla mnie i mojego konia?

Krótka historia moich siodeł – czyli jak było kiedyś i dlaczego pozostałam wierna siodłom Prestige?

Kiedy dostałam swojego pierwszego rumaka, bardzo szybko okazało się, że jego grzbiet potrzebuje czegoś porządnego. Zadzwoniliśmy wtedy do ówczesnego importera siodeł marki „Prestige” i poprosiliśmy o wizytę i dobranie jakiegoś modelu skokowego. W ten sposób kupiliśmy moje pierwsze prawdziwe siodło – a był nim Elastic Professional. Jeszcze jako niedoświadczony dzieciak byłam bardzo zadowolona, a siodło w bardzo dobrym stanie sprzedałam dopiero rok temu, po 7 latach.

Ale kiedy zaczęłam w 2011 roku pierwsze starty, dostałam to, o którym zawsze marzyłam – świetne close contact Meredith D Limited Edition. Posiadam je nadal i przeżyłam z nim wiele naprawdę wspaniałych chwil. Choć było dobrane na mojego pierwszego Egro, to widziało chyba wszystkie moje konie, wiele zawodów, a do tej pory towarzyszy mojej cudownej bereiterce.

Z kolei posiadam też ujeżdżeniówkę Prestige D1. Sprowadziłam ją krótko po kupnie Meredith bezpośrednio z Włoch i nie żałuję – to najwygodniejsze i zdecydowanie najlepiej „trzymające” siodło ujeżdżeniowe na jakim miałam okazję trenować. Mimo bycia skoczkiem siodło ujeżdżeniowe przydaje się do rozluźniających treningów, chodów bocznych i jazdy po drągach – mi pomaga doskonalić dosiad, a konie po kilkutygodniowych sesjach w okresie roztrenowania są o wiele bardziej „gibkie” i lepiej się prowadzą 🙂

Satysfakcja i wygoda użytkowania wyżej wymienionych siodeł były zawsze bardzo wysokie i rosły z każdym nowym modelem. W końcu jednak odnalazłam swój ideał.

Trafienie w 10-tkę i idealne dopasowanie – czyli good job Equishop!

Zrzut ekranu 2017-03-19 o 23.53.29

Po tych wszystkich latach spędzonych w swoich poprzednich siodłach zdecydowaliśmy się na kolejne dwa. I choć jeździłam w różnych, wspaniałych modelach wielu doskonałych marek przy różnych okazjach, to wybór producenta był dla nas oczywisty. Wtedy właśnie na rynek wypuszczono dwa innowacyjne modele – Prestige X Breath D i X Breath K Lux. Od razu zainteresowałam się nimi z pewnego ważnego dla mnie powodu – to były pierwsze siodła, które niemal całkowicie odciążały i dodatkowo chroniły mój kręgosłup. Od wielu lat zmagam się z nieprzyjemną hiperlordozą, która dawała się we znaki zarówno w życiu codziennym, jak i po prawie każdej jeździe, w każdym, wtedy, siodle. Zmagam, albo właściwie zmagałam – bo oto nadszedł ratunek!

Zadzwoniliśmy do aktualnego importera Prestige w Polsce, czyli sklepu jeździeckiego Equishop – https://www.equishop.com/pl/ Dostałam do testowania oba modele na dwa konie. Podczas tygodnia testowego mój trener nie wierzył własnym oczom – mój dosiad był wręcz idealny! Zdecydowałam się na jedno i drugie. O ile z X Breathem D zdecydowaliśmy się na standard i ewentualne późniejsze dopasowanie, o tyle X Breath K Lux miał być w pełni spersonalizowany, uszyty na konkretnego konia (oczywiście Zendera 🙂 ) i dodatkowo dopasowany. Tak też się stało. Pomierzyliśmy konie i zamówiliśmy oba siodła. Każdy detal miał dla mnie znaczenie, także jeśli chodzi o wygląd. Mogłam dobrać kolorystycznie obszycie, lamówki, ozdobne kawałki skóry. Zdecydowałam się na połączenie jaśniutkiego brązu z pięknym pomarańczem i klasyczną czerń z elementami bieli. Do tego na tylnych łękach zawisły tabliczki z moim nazwiskiem. Na siodła oczywiście trzeba było poczekać, jednak nie musiałam już jeździć w starym sprzęcie – pracownicy Equishopu dali mi tymczasowo do jazdy dwa testowe egzemplarze, po jednym z każdego przyszłego modelu, co uważam za bardzo miły gest i wyraz zrozumienia.

I w końcu przyszły! Oba pasowały, ale wedle wcześniejszych założeń łęk X Breath K Lux Zendera był dodatkowo dopasowany, co trwało… Jeden dzień! Tak, było to możliwe, ponieważ okazało się, że oba modele mają termoaktywne terlice, umożliwiające ich natychmiastowe dopasowanie do każdego końskiego grzbietu.

X Breath D, X Breath K, X Breath K Lux – czym się różnią i które wybrać?

Linia Prestige X Breath to z założenia linia ultralekkich siodeł (o 8 i więcej kg lżejszych od standardowych modeli) close contact z technologią „wolnej łopatki” (obecną także w kilku innych modelach, między innymi opisywanych przeze mnie wcześniej Meredith i D1), termoaktywnym łękiem i elementami siedziska, odciążające prawie całkowicie kręgosłup jeźdźca, dzięki specjalnym otworom w siedzisku. Na rynku obecne są dwa modele skokowe i  od niedawna także trzy ujeżdżeniowe. Czym się różnią?

X Breath D to klasycznie dwutybinkowe siodło z otworem na kość ogonową odciążającym kręgosłup. Z kolei X Breath K to siodło jednotybinkowe, jeszcze lżejsze od swojego dwutybinkowego brata. Posiada dwa otwory w siedzisku – jeden, podobnie jak X Breath D z tyłu na kość ogonową, a drugi z przodu – chroni dodatkowo miednicę przed mikrourazami przy zeskoku z przeszkody. X Breath K Lux różni się od zwykłego K wyłącznie skórą. K Lux posiada 3mm nie-śliskiego obszycia siedziska i tybinek, natomiast K zaledwie 1mm co oznacza, że jest 3 razy mniej wytrzymały na wytarcia, spowodowane użytkowaniem siodła.

A po ponad roku…

17097164_1596112223732155_3556747949572976673_o

A po ponad roku jestem zachwycona. Bóle w plecach to przeszłość. Dosiad niesamowicie mi się poprawił i dalej poprawia. Tak samo baskil i technika skoku Zendera. I widać to po wynikach i dalszym rozwoju „w górę” w coraz wyższych klasach, na coraz wyższych rangą zawodach. Oczywiście to skutek przede wszystkim świetnej opieki trenerskiej, wytrwałości i zaangażowania. ale jestem pewna, że bez idealnie dopasowanego siodła zarówno do jeźdźca, jak i do konia, nie byłoby to możliwe. X Breath K Lux to mój i Zendera zdecydowany faworyt – a wręcz siodło idealne.

13717330_1295087790501268_3372249315240565541_o

Sezon 2017 rozpoczety, a 2016 czas podsumowac!

Rozpoczęłam z przytupem sezon jeździecki 2017. Dlatego dzisiaj podsumowanie minionego 2016 i trochę o planach na nowy rok. Zapraszam!

Podsumowanie 2016:

styczeń – treningi halowe, przygotowanie do nowego sezonu po roztrenowaniu

luty – dwa czyste przejazdy w MR (120) na zawodach Halowego Pucharu Polski na Mazurach. Trzeciego dnia bardzo niefortunna awaria sprzętu.

marzec – zawody w Krakowie, Mała Runda i niewielkie problemy, przejazd z jedną zrzutką, dwiema, a potem niestety upadek. Zmiana kiełzna na wielokrążek i dalsze treningi.

kwiecień  i maj– dalsze treningi i pierwsze zawody otwarte w Warce (regionalne) i ogólnopolskie w Krakowie w MR (120-125), przejazdy na jedną lub 2 zrzutki, jeden na czysto. Trochę przerwy maturalnej w maju w bardzo intensywnych treningach i powrót do normalnego trybu

czerwieczawody ogólnopolskie w Krakowie i pierwsza Średnia Runda (moje pierwsze 130 w ogóle). Zawody ogólnopolskie w Łodzi i świetny przejazd w ŚR (130) z jedną zrzutką i super czasem, doskonała forma.

lipiecCSN 2* Gałkowo Masters i świetne przejazdy w ŚR (130) na jedną i 2 zrzutki, dalej super forma.

sierpień – kolejne zawody ogólnopolskie w Krakowie i pierwsze 135 (pierwszy finał ŚR).

wrzesień10-te miejsce w Mistrostwach Warszawy i Mazowsza w grupie seniorów (wysokości 130-135).

październik/listopad – początek sezonu halowego, dalsze starty na zawodach ogólnopolskich w Krakowie i w Łodzi w ŚR, niestety minimalny spadek formy i zrzutki. Dalsze treningi, duuużo pracy. Powoli do przodu, lepsze i gorsze dni, choć ciągle, z treningu na trening,  przejazdu na przejazd coraz lepsza technika.

grudzień – powoli wraca forma na CSI 1-3* Cavaliada Tour w Poznaniu! Nasze pierwsze CSI! Dwa bardzo dobre przejazdy w Małej Rundzie (120-125), na 1 zrzutkę i na czysto. Tak zakończyłam sezon startowo-treningowy 2015.

2015 był kolejnym rokiem spełniania ogromnych marzeń, moim pierwszym rokiem Średnich Rund i pierwszego CSI i pierwszym w kategorii wiekowej Młodych Jeźdźców (YR). Ale też rokiem naprawdę trudnym. Często forma Zendera spadała od szczytu do kilku zrzutek, a ja popełniałam na pewno wiele błędów. Ale też nauczyłam się bardzo dużo, pokonałam kolejne bariery, zarówno swoje jak i konia – techniczne, fizyczne i na pewno też psychiczne i emocjonalne (choć tutaj raczej wyłącznie u siebie, Zender pozostawał spokojny, skupiony i opanowany w niemal każdej sytuacji 😛 ). Cieszy mnie spełnienie założonych na początku sezonu planów.

2017 zaczął się świetnie!

Zakwalifikowaliśmy się na CSI 2* Cavaliada Tour, drugie zawody z cyklu, rozgrywane w Lublinie. Dzięki świetnemu przejazdowi (choć na 2 zrzutki, mimo to wynik okazał się i tak niezły, a trener bardzo zadowolony 🙂 ) drugiego dnia w Średniej Rundzie (130-135) zakwalifikowaliśmy się wśród 35 par (ze 114 startujących w drugim dniu kwalifikacji i w sumie ponad 240 koni na całych zawodach) do prestiżowego konkursu Speed And Music i pojechaliśmy go całkiem nieźle 🙂 A co planujemy na ten rok?

  • Szlifowanie Średniej Rundy! Tak, konkursy na tych wysokościach idą nam coraz lepiej, ale musimy jeszcze poprawić kilka rzeczy, aby czuć się w nich tak pewnie jak pod koniec zeszłego sezonu w MR.
  • Dalsze starty w ŚR na zawodach międzynarodowych (CSI) i ogólnopolskich (ZO, CSN).
  • Sprzedaż konia Caruso i szukanie drugiego wierzchowca „do pary” z Zenderem na wyższe konkursy.
  • A co z „Oczkiem Wyżej”? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to pierwszy start/pierwsze starty w 140 może i zaliczymy w tym roku. Wszystko zależy od postępów, formy i zdania mojego trenera. Ale z nazwaniem tego ścisłym „planem” byłabym ostrożna – na razie skupiamy się na wysokościach 130-135, a regularnie skakane 140-145 to wysokość planowana na jeszcze następny sezon, czyli 2018.

16776365_1577492158927495_2143621734_o

Kibicujcie nam, przyda się! 🙂

Podoba się? OBSERWUJ —>

W sprzedaży płyta Sacrimonii! http://sacrimoniaofficial.8merch.com/services/store

Poza tym ukazał się mój kolejny artykuł w magazynie „Kyaa!”: https://manganime.pl/kyaa-48-p-18079.html

I warto zajrzeć na współtworzoną przeze mnie grupę „Mówców Kultury”: https://www.facebook.com/mowcy.kultury/?fref=ts

Cukier

Witajcie! Siedząc w szpitalu i kończąc rozpoczęte dwa posty, mam dla Was opowiadanie. Napisane na pewną okazję, ale nieopublikowane nigdzie (może poza jednym, prywatnym zbiorem w liczbie egzemplarzy: 1). Dlatego chciałabym, aby dzisiaj zagościło na moim blogu  (całkiem je lubię, tak, przyznaję się 🙂 ). Imię głównej bohaterki zostało zmienione, aby nie wskazywało na nikogo konkretnego. Podobieństwo krajobrazu do miejsc rzeczywistych jest częściowo nieprzypadkowe. O reszcie sami zdecydujcie 🙂

Cukier

Dawno, dawno temu żyła sobie piękna i bardzo mądra, Lukrowa Królewna. Razem z królewską rodziną założyła elitarne liceum dla dzieci z cukrowej dzielnicy. Wkrótce szkoła, w której nauczali wybitni oraz niesamowicie przyjaźni nauczyciele stała się najlepszą w kraju.

Królewna miała jednak bardzo mało szczęścia i pewnego dnia zakochał się w niej okrutny czarownik. Ona nie odwzajemniła jego uczucia, a rozwścieczony mag zamienił ją w wielką mysz. Wraz z przemianą wizualną, stopniowo zmieniała się jej wymowa – zaczęła charakterystycznie, niewyraźnie „piszczeć” każde słowo. Uczniowie dziwili się jej nowemu wyglądowi, a część z nich zaczęła wyśmiewać sposób przemawiania dyrektorki. Lukrowa Królewna, bardzo zła na swoich wychowanków, postanowiła zemścić się za ich brak empatii i wyrozumiałości. Nakazała na lekcjach literatury recytować z pamięci „pana Tadeusza” oraz „Krzyżaków”. Ci, którzy nie potrafili zrobić tego poprawnie i szczegółowo, mieli zostać upupieni. Pewnego dnia nad liceum zawisły czarne chmury.

**************************

Był ciepły, wiosenny dzień, kiedy mała Łucja obudziła się nagle na środku wielobarwnego, kwiatowego klombu. Dopiero po chwili zaczęło do niej docierać, że z głębokiego snu wybudził ją złowieszczy dzwonek, zwiastujący nadjeżdżającą maszynę, prowadzoną przez wykrzywionego motorniczego, a to, co gniotło ją w plecy, wcale nie było kamyczkami ani gałęziami, tylko dwoma, wielkimi, metalowymi szynami. Przeturlała się więc szybko na bok, kącikiem oka żegnając przycięty przez stalowe koła kosmyk swoich ciemnych włosów.

-Było blisko. – westchnęła sama do siebie, mrugając z przerażeniem wymalowanym na dziecinnej twarzy.

Tuż za klombem tramwaj się zatrzymał, a zza drzwi wypadł czarny kocur w pasiastym garniturze i cylindrze, z pozłacanym monoklem na jednym oku.

-Kotom dalej nie wolno! – dało się słyszeć z kabiny – Dla pana bilet był w jedną stronę.
-Phi, przecież kupiłem dobowy! – prychnął zwierzak, wygładzając swój pasiasty garnitur.
-Ale ja panu mówię, że to koniec pana jazdy. Ja jestem motorniczym.
-W takim razie czas na mnie. – poprawił osadzenie cylindra na głowie i skierował się w stronę półleżącej dziewczynki.

Tramwaj odjechał.

-Ach, witam panią, Łucjo, witam. – ukłonił się i podał jej okrągłą łapę.
Łucja ujęła ją bardzo niepewnie i wstała, robiąc przy tym takie oczy, jakby zaraz miały wyskoczyć jej z głowy i wylecieć na daleką orbitę, niczym dwa, wielkie spodki.

-Jaki ja mam… dziwny sen…
– Sen… Niech sobie panienka nazywa to jak chce, gdyż ma do tego pełne prawo.
– Słucham?
– Przecież to ty, Łucjo, decydujesz o tym, co jest prawdą, a co sennym marzeniem.
– Ja? Czyli to nie jest sen?
– Czy nim jest, czy nie jest… Ja nie wiem. Nie wiem, czy istnieję. Być może jestem w twoim umyśle, a może i w umysłach innych… Ale to zależy od ich woli, czy chcą przyjąć moje istnienie. Dla każdego mogę też być inny. Tak już jest skonstruowany ten świat… i każdy inny.
– To… są jakieś inne światy?
– Ach, najprawdopodobniej! Światów jest tyle, ilu ludzi na świecie. Ale wszystkie gdzieś się spotykają. Każda bajka i każdy koszmar. Każda książka i każdy wiersz, Przedstawienie, film i piosenka. Obraz i zdjęcie. Wszystko łączy się w tym mieście w pewien sposób… I z powodu takiego połączenia panienkę spotykam.
– Jak to? Przecież to tylko przypadek, ja pana nie znam, panie Kocie.
– Znów masz prawo nazywać to, jak chcesz. Ale najprawdopodobniej ten przypadek został przez kogoś już wcześniej napisany w historii, w której odgrywa pani mniejszą lub większa rolę.
– Słucham?!
– Nie traćmy czasu, chodźmy, chodźmy. Ma panienka Łucja w tej historii zadanie do spełnienia.
– Ale w jakiej historii?
To się jeszcze okaże. – w oku Kota pojawił się tajemniczy błysk.

Kocur wziął dziewczynkę pod rękę. Był zdecydowanie większy od małej Łucji. Zaraz, właściwie ile ona mogła mieć lat? 7? 10? 12? A może 30? 37? Zawieszona w dziwnym, oderwanym od rzeczywistości momencie nie wiedziała już, czy będąc w tym niewielkim ciele naprawdę jest dzieckiem, a może tylko jej się tak wydaje. Choć gdyby teraz miała wypełnić jakiś dokument, z największą pewnością zapisałaby „7”.

Kroczyli szybko i miękko dziwnym, dostojnym krokiem, niczym w jakimś fantastycznym tańcu. Szli powoli, ale jednocześnie poruszali się dosyć szybko. Mogli frunąć ponad powierzchnią, albo jechać na niewidzialnych łyżwach po ulicznej kostce.

-Jak to robisz? – spytała zdziwiona.
– Ja? Spójrz, przecież to ty!

Nie rozumiała.

Mijali setki przechodniów. Były wśród nich inne koty, krokodyle, psy, smoki, konie i centaury. Były hieny i tygrysy. Kruki, łabędzie i kaczki. Wilki i sarny, lemury i leniwce. Przelecieli obok piekarni, cukierni, siedziby poczty. Biegli wzdłuż torów tramwajowych i skakali po dachach stoisk z kwiatami. Przemknęli obok banku i butiku aż w końcu dotarli do kawiarni na rogu.

Wewnątrz panowała jakaś dziwnie otumaniająca, hipnotyzująca i oczarowująca atmosfera. Zapach kawy mieszał się z cynamonem i grzanym winem z pomarańczą. Na podeście kwintet smyczkowy, złożony z orła, kury, albatrosa, kaczki i przepiórki, dyrygowany przez dwunożnego kozła grał ten rodzaj muzyki, który najpierw próbuje odebrać ci wszystkie zdrowe zmysły, a potem przepełnia twój umysł po brzegi nowymi odczuciami i kompletnie innym sposobem postrzegania świata.
Łucja nie wiedziała co ma robić. Odczuwała irracjonalny spokój oraz chęć działania. Coś w jej głowie krzyczało jednak, że powinna czuć się osaczona przez nieznajomych. Ale tak nie było. W okamgnieniu przeszyła ją pewność siebie i pozytywna energia… I coś jeszcze. Przepełniona całkiem nowymi uczuciami wgramoliła się na wysoki stołek przy wielkim, drewnianym, odrapanym z lakieru barze. Kocur usiadł obok i rzucił Barmanowi-Lisowi trzy złote, czekoladowe monety.

-Dla mnie i tej pani. – powiedział.

Na blacie z hukiem wylądowały dwie wysokie, opalowe szklanki. Dziewczynka złapała swoją, jak to bywa w przypadku małych, spragnionych dzieci – zupełnie nieuważnie. Wlała sobie ogromny haust do ust… i chyba szybko tego pożałowała.

-Auu!
– O co chodzi? – spytał Barman-Lis
– Gorąca! Nie wiedziałam, że dostanę kawę.
– Kawę mówisz, hmm… – zamyślił się Barman.
– Sam mi ją pan zaserwował! – krzyknęła rozzłoszczona Łucja.
– Ja podałem panience tylko napój. A jaki, to już nie ode mnie zależy.
– Słucham? – zdziwiła się.

Siedzący obok Kocur roześmiał się.

-Oj, moje dziecko… Popatrz tutaj. – powiedział, trzymając swoją szklankę w puszystych łapach – Co widzisz?
– Coś… płynnego, gęstego… Śmierdzi!
– Hahaha! To benzyna, moja droga. A teraz proszę, weź to w ręce i napij się.
– Nigdy tego nie przełknę! – powiedziała, biorąc szybkim ruchem kocie naczynie. I wtedy zdziwiła się. W obu dłoniach trzymała szklanki, pełne pysznego cappuccino.
Wlepiła swoje niedowierzające spojrzenie w Lisa, aby potem skierować je ponownie w stronę Kocura, który odebrał swoją porcje z jej rąk. Kawa znów stała się benzyną.

-Niczego nie rozumiem.
– W tym miejscu dostajesz to, czego najbardziej potrzebujesz. Dlatego ty dzisiaj dostałaś kawę, ja natomiast benzynę. Ale pamiętaj, że to nie jest równoznaczne z tym, czego pragniesz. Bo o wiele bardziej chciałbym, żeby w szklance pojawił się schłodzony spirytus. – zaśmiał się jej towarzysz – Ale wczoraj zraniłem się w łapę… dzisiaj muszę ją wyleczyć.
– Czyli dostanę tutaj bilet na tramwaj numer 7? – dziewczynka podskoczyła uradowana.

Kot i Lis spojrzeli na siebie ze zrozumieniem.
– Owszem, Łucjo, dostaniesz. – przytaknął jej po chwili Kocur.
– Opierając się o ladę, Barman pogładził swoją rudą kitę drugą łapą, śmiejąc się pod nosem.

-Pięćset tysięcy cukrowych talarów. – syknął, obracając w palcach małą, błyszczącą karteczkę.
– Jak to? Aż tyle?
– Aż tyle? Daję panience dużą zniżkę!
– Chce mnie pan oszukać?!
– My, lisy jesteśmy uważani za przebiegłych oszustów. Nie ma nic bardziej mylnego niż ów stereotyp. Po prostu doskonale umiemy odczytywać ludzkie dusze – wszelkie potrzeby, pragnienia, zamiary.
– Ale co to ma do rzeczy?! – zirytowała się już na dobre.
– To, że znamy prawdziwą cenę wszystkiego.
– Nie rozumiem! – krzyknęła i uderzyła pięścią w blat baru.
– Wy, ludzie, i to wasze „rozumienie”… Akurat czasami nie ma niczego do „rozumienia”!

Znudzona i bardzo poirytowana dziewczynka zaczęła desperacko grzebać w kieszeni, w poszukiwaniu chociażby grosza, który mogłaby zaoferować lisowi w zamian za bilet. Ku jej zdziwieniu wyciągnęła nagle z małej kieszonki banknoty o łącznej wartości ośmiuset tysięcy talarów.
– Jak to? – powiedziała szeptem z niedowierzaniem – Jakim cudem?
– Dlatego, żeby wszystko było, jak być powinno. Tak już jest urządzony świat. – rzekł kot, wypijając ostatni łyk benzyny.

Zapłaciła za bilet i szybko wybiegła z baru, kierując się na pobliski przystanek.

-Ech, ci ludzie. Mówią, że chcą sprawiedliwości. A to wcale nie prawda. Bo kiedy jesteś sprawiedliwy, to zaczynają się ponownie wykłócać. Nie rozumieją, że w życiu nie ma niczego za darmo, a my, lisy, jesteśmy tylko barmanami i sklepikarzami, czasami małymi urzędnikami. Nie mamy w sobie ani cząstki przychylnej wróżki, która wyczaruje coś z niczego. Ale jesteśmy chyba jedynymi sprawiedliwymi osobami w tym kraju.
******************************************************
Zdążyła dobiec do tramwaju numer siedem, zanim drzwi bezpowrotnie się zatrzasnęły. Podeszła do eleganckiego maszynisty, który wziął od niej bilet i jednym kłapnięciem zębów odciął jego kawałek.
– Witamy uroczą panienkę, życzymy miłej podróży!

Następie kontynuował konsumpcję orzechów włoskich, polanych różowym lukrem, które zapewne kupił w cukrowej dzielnicy, do której właśnie zmierzali pasażerowie tramwaju numer 7.

Pojazd ruszył i przez chwilę Łucja miała wrażenie, że czasoprzestrzeń wessie jej ciało i rozproszy każdy atom po orbicie szalonego pędu, w którym trwali. I wtedy nagle…

-Proszę wysiąść!

Cukrowa dzielnica zawsze była tą najbardziej zaludnioną, ale i najładniejszą w całym mieście. Wszystkie budynki wydzielały piękne zapachy. Były zbudowane ze słodkiego piernika, kolorowego lukru i marcepanu. Trawa oraz kwiaty spowite zostały dawno temu wata cukrową, a podziemnymi kanałami płynęły miód i mleko. W samym centrum znajdował się ogromny kompleks ze wspaniałym, czekoladowym pałacem, ciasteczkową oranżerią oraz Lukrowym Liceum.

Prowadzona przez pudrową ścieżkę, doszła w końcu do głównego wejścia. Kiedy waflowe wrota otworzyły się, zapraszając dziewczynkę wspaniałym aromatem migdałów…

W środku aż roiło się od myszy oraz szczurów. Gryzonie chodziły z wysoko podniesionymi głowami, patrząc z góry na przemykających ludzi, wróżki, ołowianych żołnierzyków, kruki, orły i sowy ze stulonymi dziobami oraz smutne jenoty, obolałe żółwie i przerażone koniki na biegunach.

-Coś tutaj jest nie tak… – powiedziała pod nosem Łucja, jakby sama do siebie.

Skierowała się do gabinetu, na którym wisiała kartka z napisem „rozmowa rekrutacyjna”.

W środku siedział nikt inny jak Cukrowa Królewna, choć jedynym znakiem, po którym można było ją teraz rozpoznać, była korona z białej czekolady. Za pięknym biurkiem, wykonanym z najwspanialszego lukru, siedziała teraz groźnie patrząca mysz. Na podeście w drugiej części pokoju siedział przy pięknym fortepianie z gorzkiej czekolady Biały Kruk i wydobywał z niego piękne, choć niesamowicie smutne dźwięki.

-Dzień dobry, ja przyszłam zatrudnić się tutaj.
– Zatrudnić? A ile ty masz lat dziecko? Piętnaście? – zaskrzeczała piskliwym, przeszywającym głosem mysz.
– Piętnaście… To ciekawe, kiedy wchodziłam do kawiarni wydawało mi się, że mam siedem. – pomyślała.
– Chciałabym uczyć literatury. Bardzo przyda się w tym liceum nowy nauczyciel.
– Ach, oczywiście, oczywiście. – wycedziła przez wielkie trzonowce Królewna-Mysz – Czy w takim razie… jesteś w stanie wyrecytować całych „Krzyżaków” z pamięci?
– Nie jestem w stanie. I powiem więcej… bardzo się z tego cieszę!
– To może chociaż „Pana Tadeusza”?
– Też nie zamierzam.
– To bardzo źle… Inaczej będę musiała cię przyjąć jako uczennicę i upupić.
– Co się stało, Cukrowa Królewno? Dlaczego już nie jesteś piękna? – zapytała rozżalona Łucja.
– Ty mała! Ty też masz czelność śmiać się z mojego wyglądu! Upupić! Upupić natychmiast! Niedojrzała smarkula!
– Nie o chodzi mi tutaj o wygląd. – oczy nastolatki przeszyły groźnym i pełnym zdecydowania spojrzeniem zagubione spojrzenie myszy.
Wtedy Kruk nagle zmienił grany utwór. Z podestu dało się słyszeć fortepianową wersję starego, ulubionego kiedyś tańca królewny.

-Dość tego! – zakrzyknęła Mysz i podeszła do Kruka, bijąc go łapą na tyle mocno, że spadł ze stołka i obijając się plecami o podest upadł na marcepanowy dywan.
– „Ideał sięgnął bruku.” – smutno zacytowała Łucja.
– Jak śmiesz! A jednak umiesz zacytować, smarkulo, ale nie to, co trzeba! Ciebie to dopiero trzeba…

Drzwi do gabinetu otworzyły się, a przez nie wleciała chmara słowików, śpiewających marszową melodię. Po chwili wszedł przez nie Kierowca tramwaju numer 7.

-Czy, Droga Królewno, pamiętasz, kiedy dokładnie zaczęłaś zmieniać się w mysz? – powiedział zawadiackim tonem.
– Siedem lat temu zrobił to zły czarnoksiężnik!
– Mówię o tym , kiedy naprawdę zaczęłaś zmieniać się w mysz. Ty sama. Jestem w stanie zdjąć z ciebie czary, ale tego, co sama zrobiłaś nie będę mógł zmienić.

Kierowca machnął dłonią i wtedy, w miejscu Myszy, stanęła przed nimi Cukrowa Królewna w swojej prawdziwej, pięknej postaci, w sukni ułożonej z płatków migdałowych, lukrowych pantoflach oraz przepięknej koronie z białej czekolady, zatkniętej z wdziękiem na włosach z waty cukrowej. Posiadała śliczną twarz z marcepanu, uformowanego w najpiękniejszą formę, jaką widziały kwiatowa i cukrowa dzielnica, a może i cały kraj.

-Ale… jak to… dziękuję bardzo… – wyszeptała…? Nie, zaskrzeczała.
– Tylko głos ci został. Możliwe, że to nieco przejdzie z czasem. Musisz się o to starać. To chyba będzie mysia pamiątka po wszystkim. – zaśmiał się Motorniczy.

******************************
Dorosła Łucja obudziła się przed lekcją, na krześle przy biurku, stojącym na środku sali. Jak dobrze, że coś wyrwało ją z sennych marzeń, dzisiaj miała swoje pierwsze zajęcia jako nauczycielka literatury w Lukrowym Liceum. Nie powinna spać.

Gdy zabrzmiał dzwonek, nagle na krzesłach pojawili się młodzi uczniowie z pierwszego rocznika, siadając w czekoladowych ławkach. Były wśród nich owce, kozy, barany, orły, kruki, sowy, jaszczurki, szopy, lisy, lwy, wróżki, fauny, pluszowe niedźwiedzie.

Biorąc do ręki pióro z czarnej lukrecji i maczając je w kałamarzu z sosem malinowym, zauważyła, że odchodzi od niego wiele srebrnych nici. Jedna z nich ciągnęła się aż do jej klatki piersiowej. Reszta odchodziła od ciał nowych uczniów. Teraz mogła zauważyć dokładniej – każdy z nich posiadał dwie nici – pierwszą idącą od własnego pióra, a drugą – od pióra nauczycielki. Tylko ona sama posiadała jedynie własną nić. Zamoczyła herbatnikową stalówkę w słodkim atramencie i zaczęła pisać wraz z uczniami zupełnie nową historię – ich, swoją oraz Lukrowej Szkoły. Wszyscy tak samo jak w tej bajce, w rzeczywistości także żyli długo i szczęśliwie.

A na cukrowym żyrandolu siedział niewidzialny Kot i owijał wokół wąsów kawałek zerwanej dawno, srebrnej nici, śmiejąc się pogodnie pod nosem.

img_5023

Podoba się? OBSERWUJ —>

W sprzedaży płyta Sacrimonii! http://sacrimoniaofficial.8merch.com/services/store

Poza tym ukazał się mój kolejny artykuł w magazynie „Kyaa!” : https://manganime.pl/kyaa-47-p-17922.html

Kacik polecen #6 i 7 – lipiec i sierpien 2016

Hej Wam! Przez swoje wakacyjne wojaże wklejam razem dwa kąciki. Następny post będzie o miejscach, które odwiedziłam i które warto (lub nie do końca) samemu zobaczyć. Ale teraz Lasairowe polecenia, zapraszam!

IMG_5368IMG_5378

#6 – LIPIEC

KSIĄŻKA – Przygoda z Owcą – Haruki Murakami

IMG_5371

Czytam dalej rzecz o narratorze i Szczurze, trzecią już część tetralogii (jak się okazuje jednak nie trylogii). Flipper był naprawdę świetny, ale im dalej, tym lepiej. Autor szykuje dla nas kolejne niespodzianki i w unikatowy sposób bawi się coraz to nową konwencją. Wplata już nie tylko groteskowe mity codzienności, ale też motywy fantastyczne i nieco więcej specyficznego dla siebie humoru. Z jednej strony możemy domyślać się, jaki jest koniec całości. Z drugiej pytamy siebie: Co jeszcze powie nam ta historia? Czym zaskoczy w swojej nadzwyczajnej zwyczajności?

KOMIKS – Balsamista – Mitsukazu Mihara

IMG_5370

Balsamistę poleciła mi koleżanka i absolutnie się nie zawiodłam. Ta, póki co, niezbyt popularna w Polsce seria może okazać się dla niektórych czymś nowym i trafić w gusta wielu osób. Na szczególną uwagę zasługują specyficzna kreska i wykorzystanie głównie dwóch kolorów – czerni i bieli (bardzo mało szarości w kolorowaniu, rastry ograniczone minimum)  oraz przedstawienie fabuły w konwencji epizodów z życia, pozornie niezwiązanych ze sobą ludzi (wszystkie łączy postać głównego bohatera). Balsamista może dać nam nowe spojrzenie na sprawy śmierci i ludzkiej świadomości. Polecam dojrzałym czytelnikom.

FILM – Memento (2000):

mementohttp://practicopedia.lainformacion.com/files/Memento.jpg
  • Scenariusz i Reżyseria: Christopher Nolan
  • Produkcja: Christopher Ball, Elaine Dysinger, Aaron Ryder (USA)
  • Wygrana MTV Movie Awards (Najlepszy nowy młody filmowiec – Christopher Nolan), nominacje Oscar 2001 za Najlepszy scenariusz oryginalny i Najlepszy montaż.

Film obejrzałam zupełnie przypadkiem, kiedy pewnego wieczoru przyszli do mnie przyjaciele, w tym Namiestnik Królestwa Świnek i Papieru Toaletowego, nasz basista Filip, który gorąco zachęcił wszystkich do obejrzenia Memento. Spodziewałam się kolejnego filmu o rekinach lub „dokumentu” typu Blair Witch Project kręconego ala’ amatorską kamerką. Spotkało mnie miłe zaskoczenie.

Memento to naprawdę doskonały, nietuzinkowy film, zarówno pod względem scenariusza, jak i doznań wizualnych. Na początku mamy wrażenie, że zostaliśmy wrzuceni w świat kolejnego thrillera lub filmu akcji ze „strzelankami”. Ale po piętnastu minutach zaczynamy rozumieć, że dzieło ma nam do przekazania zdecydowanie więcej. Motyw pamięci często „przewija się” w literaturze i kinematografii, ale jego ujęcie, serwowane nam przez Nolana jest dla widza całkowicie nowe, ciekawe, intrygujące, mylące… Porównać je możemy trochę do tego, przedstawionego w jednym z moich ulubionych filmów – Przypadki Tracey, choć tutaj główny bohater mierzy się z zupełnie innym problemem i przez to inaczej widzi świat. Podobnie jak u Tracey jego pamięć jest „wykrzywiona”przez iluzje, które sam tworzy. Produkcja Nolana nie jest czymś, co odstresuje nas po ciężkim dniu. To prawdziwa sztuka filmowa, do której, niczym do wiersza symbolistycznego, – musimy podejść ze skupieniem. Którą musimy przemyśleć, zinterpretować na swój sposób i… Najlepiej zmierzyć się z nią po raz drugi.

PŁYTA – Plastic Beach – Gorillaz

plasticbeach452       https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/d/d1/Plasticbeach452.jpg
  • Gatunek: pop-rock, elektronika, hip-hop
  • Produkcja: Parlophone, Virgin Records

Znany i zapewne przez wiele osób lubiany projekt Gorillaz i jeden z ich popularniejszych albumów „Plastic Beach”. Brytyjczycy robili wirtualne zespoły „zanim to stało się modne” 😉 . I wyszli na tym bardzo dobrze, tworząc ciekawą, nieco nowatorską muzykę, uzupełnioną animowanymi teledyskami i bogatą historią „rysunkowych” muzyków.

Plastic Beach to płyta, która spodoba się większości, bo chyba każdy znajdzie tam coś dla siebie. Muzycy docenią ciekawą kompozycję i dobre wykonanie, laicy wsłuchają się w przyjemną melodię, jeszcze innych zainspirują teksty. Ostatnio postanowiłam ponownie przesłuchać kilku albumów Gorillaz, uświadamiając sobie, że ostatnim razem ich płyty w całości męczyłam trzy lata temu. Plastic Beach po kilku latach okazała się moją ulubioną.

MIEJSCE – Machinarium

pub, Smolna 35, Warszawa – Strona FB

12792380_1264700023543934_8243439924318497367_ohttps://scontent-frt3-1.xx.fbcdn.net/t31.0-8/12792380_1264700023543934_8243439924318497367_o.jpg

Zaciągnięta po maturach przez koleżankę Annę weszłam do nieznanego, przyciemnionego lokalu, koło którego przechodziłam miliardy razy… Ale szyldu nie zauważyłam.

Klimatyczne miejsce, gdzie pod ścianą przywita nas steampunkowa damska zbroja, a zza lady, ozdobionej niczym rufa starego parowca, nalewa dobre, „craftowe” piwa przyjaźnie nastawiona, uśmiechnięta obsługa. Pub ma dwa poziomy, parter i dużą, ceglaną piwnicę (w której można skutecznie schronić się przed upałami) ze staromodnymi kanapami i drewnianymi stołami, oświetloną gołymi sznurami żarówek. Sącząc powoli swoją IPA-ę i rozmawiając z miłą towarzyszką podróży barowych, stwierdziłam, że to idealne miejsce na sesję Wolsunga. Może kiedyś wybiorę się tam ze znajomymi właśnie w tym celu, ukryta pod postacią elfki lub niziołka?

Machinarium to miejsce dla wszystkich – zarówno otwartych dusz, które chcą wspólnie pobawić się i pośmiać przy lekko rockowych dźwiękach lub wspólnie obejrzeć mecz (na telewizorze oprawionym w złotą ramę niczym dzieło sztuki), jak i dla ludzi, którzy pragną odpocząć w małym gronie, w zaciszu chłodnej piwnicy.

#7 – SIERPIEN

KSIĄŻKA – Interpretacja i Nadinterpretacja – red. Stefan Collini

496497_bighttp://img.tezeusz.pl/static/product_image/49/496497_big.jpg

Czy rozważania na temat interpretacji muszą być jedynie długimi esejami, przeznaczonymi dla literaturoznawców? Niekoniecznie! Interpretację i Nadinterpretację można potraktować jak powieść o definicjach i poglądach. Rozdziały poszczególnych badaczy napisane są w taki sposób, że tworzą swoisty dialog między nimi.Czytając zastanawiamy się nie tylko nad merytoryczną zawartością, ale też nad tym kto ostatecznie wygra słowna bitwę i jaka będzie pointa całości. Oczywiście zbiór jest przede wszystkim uznany i przydatny pod względem merytorycznym, stanowi wyjście do rozważań wielu późniejszych badaczy literatury i sztuki. Mi pomógł już niejednokrotnie i jeszcze bardziej zachęcił do zgłębiania tematu. Jeśli lubicie literaturę także od strony czysto teoretycznej, to ta książka jest dla Was.

KOMIKS – Orange – Ichigo Takano

IMG_5369

Kota Schroedingera podobno nie ma, dopóki nie otworzymy pudełka. Tak samo jest z bohaterami Orange. Jak widać inspirację można czerpać nawet fizyki kwantowej. Znakomita historia młodych ludzi, oparta na teorii czarnych dziur i superpozycji. Czy przyszłość ma kilka wariantów? Czy możemy uratować kogoś z przeszłości? I jaki to będzie miało wpływ na naszą historię? Tylko cztery tomy dobrze skonstruowanej, ciekawej i wzruszającej historii. Warto poświęcić letnie popołudnie na lekturę.

FILM – Ściana (1982)

pink_floyd_the_wallhttps://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/9/94/Pink_Floyd_The_Wall.jpg
  • Scenariusz: Roger Waters
  • Reżyseria: Alan Parker
  • Produkcja: Wielka Brytania
  • Wygrana BAFTA za Najlepszy dźwięk roku 1983.

Film powstały na podstawie tekstów i muzyki z albumu Pink Floyd The Wall. Świetnie przedstawiona historia, doskonałe rzuty kamery i montaż. O muzyce nie muszę chyba wspominać 🙂 Film jedyny w swoim rodzaju, warty uwagi każdego, nie tylko fanów grupy.

CD i DVD KONCERTOWE – Live at the Opera – Satyricon

Długo szukałam i w końcu wpadło w moje ręce Live at the Opera. Przepiękny koncert jednego z moich ulubionych zespołów metalowych z chórem Norwegian National Opera. Połączenie idealne. Wydanie zawiera dwie płyty – ścieżkę dźwiękową na CD oraz cały koncert zarejestrowany na DVD.

MIEJSCE – Brutal Assault

(Twierdza Józefów, Jaromierz, Czechy)

IMG_5117

Byłam po raz kolejny i się nie zawiodłam, wspaniały festiwal, z roku na rok coraz lepszy. Więcej o nim w następnym, wakacyjnym poście!

NAPÓJ CZERWCA I LIPCA – Mieszanka Wschodniofryzyjska z Demmers Teehaus

IMG_5373

Zachęcam wszystkich, którym się podobało do polubienia postu oraz komentowania i udostępniania. Poza tym OBSERWUJ —>

Do następnego postu! 🙂

Combo polecenia – kacik #5 – czerwiec 2016

IMG_4754

W czerwcu mam dla Was specjalny „Kącik Poleceń”. Oprócz klasycznych, krótkich opisów, jak zwykle pojawi się dłuższa recenzja. Tylko dzisiaj będzie to recenzja-combo (mojej ulubionej!) mangi oraz jej (fantastycznej!) ekranizacji.

Ale zaczynamy klasycznie od książki!

KSIĄŻKA – Run to the Hills – Mick Wall

IMG_4758

Głośna kilka lat temu autoryzowana biografia mojego chyba wciąż ukochanego zespołu, grupy, w którą od najmłodszych lat byłam wpatrzona jak w obrazek i nie było dla mnie kiedyś innego wyznacznika doskonałego artysty, jak muzycy z Iron Maiden. Pierwszy raz przeczytałam ją chyba sześć lat temu, ponownie sięgnęłam po nią na początku liceum. I od tamtej pory lubię przeglądać „Run to the Hills”, przypominać sobie, czytać poszczególne fragmenty. Bardzo dobrze i ciekawie napisana, wydaje się autentyczna i kompleksowa. Fani Iron Maiden nie będą zawiedzeni, a być może dowiedzą się czegoś nowego lub lepiej zapamiętają niektóre informacje. Do tego bardzo dobrze czyta się ją w ciepłe wieczory. Zdecydowanie polecam!

KOMIKS i SERIAL oraz komiks, a serial – Soul Eater – Atsushi Ohkubo

IMG_4755

Wielokrotnie przeze mnie wspominany tytuł, moja ulubiona komiksowa „japońszczyzna”, dzieło jednego z tych rysowników (i zarazem scenarzystów), których najbardziej podziwiam, Atsushiego Ohkubo. Za co? Za wiele rzeczy, między innymi za świetny styl rysunku, genialne pomysły na akcję swoich komiksów (może poza jednym prequelem, o którym jeszcze napiszę…), niesamowicie umiejętną budowę fikcyjnego świata i pewne charakterystyczne „maniery”, zarówno w grafice jak i samej treści, które dodają specyficznego „uroku” jego twórczości i są poniekąd naturalną wizytówką artysty.

Co do samego „Soul Eatera”, to wyobraźcie sobie, że przy jednym, wielkim stole, w niebie (… lub w piekle), zasiadają Goethe, Bułhakow oraz Lovecraft. I dyskutują o tym, jaki by tu pomysł zesłać na umysł młodego Japończyka, który za bardzo niczego nie chce w życiu robić, tylko rysować shoneny o rzucaniu zwierzęcymi szczątkami. Ich plan nie mógł zawieść, prawda?

Fabuła mangi to istny majstersztyk. Nie znam lepszej komiksowej koncepcji niż ta, którą przedstawia „Soul Eater”. To tak, jakby w typowym shonenie, zawrzeć odpowiedzi na najważniejsze pytania, które stawiają przed nami dzieła literatury zachodniej. Dodać coś nowego do uznanych na całym świecie koncepcji filozoficznych, skomentować klasyków i pójść jeszcze dalej. Dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. I zrobić to w otoczce faustycznej groteski, pomieszanej z klimatem „Miasteczka Halloween” Tima Burtona. Wpuścić czytelnika w świat codziennych „dziwactw” i obsesji bohaterów, które potem okażą się mieć ogromne znaczenie dla całości fabuły. Opleść ich zmagania charakterystycznym dla autora humorem, raz czarnym, raz głupawym.

Postacie „Soul Eatera” są naprawdę wyjątkowe, każda na swój  sposób. Wszystkie mają doskonale i szczegółowo skonstruowaną psychikę, charakterystyczny styl ubioru oraz oryginalny wygląd, niecodzienne pod pewnymi względami zachowanie. I, co bardzo ważne i dosyć rzadkie w nowych tytułach mangowych, KAŻDA z postaci odgrywa ważną rolę dla całości koncepcji. Nie mamy tutaj przypadkowych przyjaciółek bez charakteru na drugim planie, kolegi, który jest, żeby był i grał dobrze w baseball (ale nie robił niczego poza tym) czy „śmiesznej osoby”, która jest tylko i wyłącznie śmieszna. Tutaj, jeśli zostaje wprowadzony ktoś nowy, to dlatego, że bez niego cała koncepcja wzięłaby w łeb. A trzeba powiedzieć, że postaci w całym uniwersum jest dosyć sporo. Głównymi bohaterami są trzy walczące duety… Nie, dwa duety i jedno trio. Każda drużyna składa się z władającego i jego broni, czyli człowieka (lub ludzi), który zamienia się w śmiercionośne narzędzie. Wszyscy są nastoletnimi uczniami szkoły dla zawodowych zabójców, prowadzonej przez Śmierć – mrocznego żniwiarza we własnej osobie. Brzmi ciekawie, prawda?

Wizualnie ich ogromną zaletą jest posiadanie charakterystycznych rysów twarzy, oczu, mimiki, ruchów ciała. To jeden z ogromnych plusów nie tylko kreacji samych bohaterów, ale i stylu Ohkubo. Kreska rysownika jest wyjątkowa i bardzo rozpoznawalna, nie tylko, jeśli chodzi o samych bohaterów, ale także o tła. Rzadko zdarza się, żeby ktoś miał tak wyrazisty styl, a do tego tak doskonale dopasowywał go do klimatu całości. Poza tym kreska ewoluuje z tomu na tom, nie tracąc swojego wyrazu, co jest ciekawym zabiegiem (chyba nieświadomym, ale jednak wciąż ciekawym). A wszystkie efekty i rastry zostały użyte tak, że nie odczuwa się ich nadmiaru, a faktycznie wyglądają dobrze i pełnią swoja funkcję jak należy.

IMG_4756

Jak to czasem bywa, seria doczekała się swojej ekranizacji w 2012 roku. Świetnej ekrajizacji, choć takiej, która potwierdza popularne hasło „a książka była lepsza”. Najważniejszym powodem jest nieco zmieniona, bo skrócona akcja całości, wraz z uproszczonym zakończeniem. Pominięte zostały niektóre zdarzenia zawarte w pierwowzorze, które logicznie łączyły się w całość i dawały naprawdę dużo, jeśli chodzi o ostateczne przesłanie. Wprawdzie „Soul Eater” został „Soul Eaterem”, ale w formie skróconej o dwa ważne arci. Przez to w pełni zrozumieją animację dopiero ci, którzy wcześniej przeczytali komiks, ponieważ serial nie jest w żaden sposób luźną adaptacją, a raczej w tym, co pokazuje idzie za oryginałem.

IMG_4757

Jeśli chodzi o efekt wizualny – coś świetnego! Doskonale odwzorowuje styl komiksu, posiada genialnie zaanimowane walki, a wyraźne, ciemne barwy idealnie komponują się z „koszmarkowym” klimatem.

Kolejnym mocnym punktem jest muzyka. Soundtrack to połączenie wielu gatunków, stylów i technik, od delikatnych utworów klawiszowych, przez ostrzejszego rocka i core, po hip-hop i elektronikę. I czasami wszystko w jednym utworze. Seria posiada fantastyczne openingi, szczególnie pierwszy – „Resonance” wykonany przez projekt TM Revolution. Moim zdaniem to najlepsza czołówka serialowa, jaka w ogóle istnieje, zarówno muzycznie, jak i wizualnie. Energiczny utwór, łączący najróżniejsze style muzyczne, świetnie wykonany i doskonały pod względem samego dźwięku. Słyszymy go, kiedy zostajemy zabrani na spacer po mieście rodem z wesołego koszmaru, a potem wciągnięci w wir zajmujących, efektownych walk i nadprzyrodzonych przemian. Coś naprawdę niesamowitego.

Soul Eater to obowiązkowa pozycja dla dojrzalszych fanów shonenu, oraz wszystkich, którzy potrafią docenić niepokojącą, dziwaczną i bogatą fabułę, oryginalną kreskę, a nawet po prostu obracają się w klimatach groteski, akcji i horrorowego pastiszu. To poza tym bardzo uniwersalne i pełne, komiksowe ujęcie określonego światopoglądu i mechanizmów rządzących światem oraz systemu ludzkiej wartości. Poza tym w rozrywkowym i wesołym (jedynie z pozoru) dziele Ohkubo możemy odnaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania, jakie postawiła przed nami literatura minionych wieków.

PŁYTA – Titan – Septicflesh

  • Gatunek: death metal + muzyka symfoniczna
  • Produkcja: Season of Mist

Grecki Septicflesh to jeden z tych dzisiejszych zespołów, które mając już określony styl, od lat próbuje czegoś nowego. Klasyfikowany jako zespół death metalowy jest tak naprawdę czymś o wiele więcej – i to właśnie pokazuje miedzy innymi ich ostatni album, „Titan”, współtworzony z Praską Orkiestrą Symfoniczną i Praskim Chórem Dziecięcym. Efekt? Niesamowity. Dlatego bardzo ucieszyłam się, kiedy dostałam SF w dwupłytowym, specjalnym wydaniu (druga płyta to nagrania samej orkiestry i chóru, które warto posłuchać oddzielnie!) na swoje osiemnaste urodziny. Dziękuję za nią chłopakom, a Wam mogę powiedzieć – idźcie słuchać!

MIEJSCE – sklep internetowy Morski Kot & Co.

https://www.facebook.com/MorskiKot )

Przemiłe dziewczę robi na zamówienie piękną biżuterię. Można ją spotkać na wszelkiego rodzaju konwentach, gdzie z chęcią domierzy Wam rozmiar wybranych łańcuszków czy tasiemek, dołoży ozdobę czy zmieni zapięcie na bardziej wytrzymałe w gotowym egzemplarzu. Wszystko można też zamawiać internetowo, do tego Kot jest dość umuzykalniony 🙂 Warto zajrzeć, podpytać czy zrobi Wam coś na specjalne zamówienie. Poniżej wykonana dla mnie magnificonowa obróżka oraz wizytówka wyciągnięta z czeluści mojego portfela.

IMG_4765

NAPÓJ MIESIĄCA (18+ 🙂 )

Atak Chmielu – piwo American IPA, browaru Pinta

IMG_4764

Do zobaczenia w następnym poście, komentujcie i jeśli Wam się podoba, to obserwujcie, lajkujcie i udostępniajcie!

Wpadajcie też na bloga Ani: http://littlepeople00.blogspot.com

Filozofikon i Magnificon Expo – jak bylo? + Zapowiedz Animatsuri.

Ostatnio miałam i mam dużo pracy mimo, że są wakacje. Oprócz muzyki mam jeszcze dwa inne projekty artystyczne, o których kiedyś na pewno napiszę (tak, jak już będą gotowe albo tuż-tuż gotowe 🙂 ). Ale to nie wszystko. Maj po maturach dalej mijał pod znakiem nauki, choć nie tej typowo szkolnej. Dlaczego? Otóż przygotowywałam prelekcję, którą potem wygłosiłam na dwóch krakowskich imprezach – Filozofikonie i Magnificonie. Wciąż nie mogę się pozbierać z pozytywnego wrażenia, jakie na mnie zrobiły, dlatego dzisiaj napiszę o nich nieco. Nie recenzję, nie sprawozdanie. A takie luźne wspomnienia i odczucia.

IMG_4438
Tak, to ja. Cosplay Maki Albarn. Wykonany samodzielnie, kosa tez 🙂

Filozofikon był kameralnym, jednodniowym konwentem, połączonym z konferencją naukową, której głównymi motywami były popkultura i filozofia. Połączenie ciekawe i z pozoru niecodzienne? A może jednak nie? Kiedy tylko zobaczyłam w kalendarzu „Konwentów Południowych” taki oto twór, w niespotykanej formie stwierdziłam, że na pewno się wybiorę. Albo może… Zgłoszę wykład? Nie wiedziałam czy w ogóle mi wolno, skoro zgłaszały się tam osoby z tytułami doktora, magistra i przedstawiciele mediów. Ale zdecydowałam się wysłać swój abstrakt i zostałam przyjęta, jako najmłodsza prelegentka.

IMG_4370

Prowadzonej jedynie instynktem przetrwania w cudzym mieście (i GPS-em w ukochanym japfonie) udało mi się dotrzeć z dworca do krakowskiej Arteteki. Tam szybko i nawet całkiem przyjemnie udało się załatwić formalności i dostać wytyczne co i jak dalej mam robić, a do tego dostałam milutkie „bonusy” z filozofikonowego sklepiku (torbę z maskotką konwentu oraz przypinkę), specjalny identyfikator z nadrukowanym nazwiskiem oraz teczkę z ładnie oprawionym programem imprezy. Już wtedy organizacja wydała mi się bardzo profesjonalna, a wspomnieć trzeba, że konferencja była organizowana po raz pierwszy i w dużej mierze przez ludzi młodych, bo studentów.

No to weszłam, uff, udało się! I zaczęłam łazić po prelekcjach. Muszę powiedzieć, że ich poziom zrobił na mnie ogromne wrażenie – profesjonalnie przygotowane przez znawców-pasjonatów, do tego widownia obeznana w dużej mierze w temacie filozofii i popkultury. Większość prelegentów była czynnymi wykładowcami polskich uczelni, niektórzy z dyplomami i tytułami naukowymi, kilkoro obecnych studentów. W tym momencie zaczęłam się bać – hej, przecież jestem tylko maturzystką, jak ja mam do nich wszystkich mówić?! Czy to cud, że moje wypociny w ogóle tutaj przyjęli?

D7E1364F-A3A3-4C79-9CFA-7FE2F00C92DD

Przed moim wykładem miał miejsce główny konkurs Filozofikonu, czyli „Pop Quiz Filozoficzny”. Moja nieśmiałość i stres ponownie się odezwały, więc stwierdziłam, że chyba nie chcę brać w nim udziału i chętnie popatrzę na rywalizację z boku. Dobrze, że inni uczestnicy Filozofikonu bardzo mocno zachęcili mnie do czynnego udziału. Konkurs okazał się fantastyczną, kreatywną zabawą wiedzowo-logiczną. Ostatecznie wygrałam świetny „PopQuiz”, w którym nawet nie chciałam brać udziału. Następnym razem nawet nie będę się zastanawiać nad podobnymi quizami – od razu się zgłoszę! 🙂 Bo było naprawdę super. A potem…

IMG_4410

Wygłosiłam prelekcję „Rozrywka czy może coś więcej? O dialogach filozoficznych między europejską literaturą wysoką, a mangą i anime”. Było to moje pierwsze wystąpienie tego typu, potwornie się stresowałam. Ale słuchacze byli na szczęście zaciekawieni i po wykładzie poprowadziliśmy wszyscy razem ożywioną dyskusję. Miałam z tego ogromną satysfakcję – nie tylko z powodu pozytywnego odbioru mojej prelekcji, ale także dlatego, że mogłam podzielić się swoją długo gromadzoną w umyśle wiedzą i przemyśleniami. Nie byłam w tym sama, znalazłam całą salę osób, które interesowało to, co i mnie. Spotkanie uczestników Filozofikonu – młodych i zupełnie dorosłych, studentów, wykładowców, a nawet uczniów młodszych szkół, było dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Filozofia i popkultura okazały się razem jeszcze ciekawsze niż omawiane osobno, ale też niesamowicie  integrowały i napędziły mnie (i zapewne nie tylko) do dalszego działania. I bardzo cieszą mnie plany organizacji Filozofikonu w przyszłym roku. chciałabym, żeby impreza stała się popularna i rozrosła na przestrzeni lat. Być może to właśnie droga do rewolucji w postrzeganiu wydarzeń, jakimi są polskie konwenty? Tutaj nie mieliśmy (póki co) stoisk z egzotycznym jedzeniem i wielu sklepów z poduszkami czy słodyczami (choć wierzę bardzo w to, że podczas przyszłej edycji znajdzie się jakiś komksowo-popkulturowo-gadżetowy wystawca 🙂 ).  Filozofikon stawiał na ciekawe wykłady i warsztaty, czyli to, czego często bardzo brakuje na innych imprezach tego typu (oczywiście nie wszystkich!), gdzie organizacja paneli traktowana jest „po macoszemu”.

F6030A7C-8BE3-45DB-82D2-4C1F07E9B5E1

Zachęcona po Filozofikonie zdecydowałam się zgłosić tę samą prelekcję na jeden z największych polskich konwentów – „Magnificon” Expo, który odbywał się tydzień później. W porównaniu do kameralnego Filozofikonu wydarzenie w wielkim centrum konferencyjno-targowym było naprawdę gigantyczne. Ale jako osoba dosyć introwertyczna nie czułam się tam wcale źle. Dlaczego? Atmosfera i nastawienie ludzi były fantastyczne. Otwarci, uśmiechnięci, ciepli, podchodzący do Ciebie, żeby pogadać albo zrobić Tobie zdjęcie. Choć byłam sama, to nie czułam się sama i poznałam wiele wspaniałych osób. Gdyby nie uczestnicy, Magnificon straciłby połowę na swojej atrakcyjności. Z posta macham wszystkim poznanym ludkom, do zobaczenia za rok! 🙂

IMG_4501

Co do samych atrakcji to oczywiście ogromnym plusem był dobrze skomponowany program i duża różnorodność – nie chciałeś iść na jeden panel, szedłeś na drugi, nie chciałeś iść na panel, to szedłeś na prelekcję, nie chciałeś iść na prelekcję, to mogłeś zagrać w RPG, nie chciałeś grać w RPG, mogłeś pograć na najróżniejszych maszynach, konsolach czy komputerze. Nie chciałeś grać w ogóle, to mogłeś zobaczyć świetny koncert albo wziąć udział w konkursie i tak dalej… Jeśli chodzi o poziom atrakcji, to w przeciwieństwie do Filozofikonu, gdzie konferencyjna dyscyplina wychodziła na duży plus, tutaj był bardzo zróżnicowany. Byłam na niezwykle zachwycającym koncercie grupy Bridear. Dawno nie widziałam tak dobrego koncertu, dziewczyny zwaliły mnie z nóg, szczególnie jedna z gitarzystek. Z drugiej strony konkursy Cosplay, w tym EuroCosplay, na który bardzo liczyłam, miały kilka doskonałych przedstawień, ale i kilka bardzo średnich, czy nawet żenujących i źle przemyślanych. Liczyłam na więcej, jeśli chodzi o polską czołówkę, choć muszę przyznać, że ogromny szacunek należy się zwycięzcy – świetny występ, super kostium, genialnie przemyślane rekwizyty i bardzo dobrze dobrana muzyka. Tylko się od niego uczyć 🙂

Jeśli chodzi o panele i prelekcje, to dosyć trudno było mi wybrać tematy, które by mnie interesowały. Mam wrażenie, że spora część była przeznaczona dla młodszych słuchaczy, a te teoretycznie przeznaczone dla osób dojrzalszych i bardziej obeznanych w temacie były raz dobrze, raz źle przygotowane. Tutaj organizatorzy Magnificonu mogliby wiele się jednak nauczyć od początkujących w świecie konwentowym „Filozofikonów”. Rozumiem, że wykłady i panele przeznaczone są dla ludzi w różnym wieku i o różnym wykształceniu, ale temat to jedno, a wykonanie to drugie. Jeśli przygotowujesz coś dla ludzi, to powinieneś podejść do tego poważnie i używać raczej podczas tej godziny czy specjalistycznego słownictwa, a nie slangu czy pomieszania kilku języków. Może za rok będzie jeszcze lepiej?

IMG_4499

Co do mojej prelekcji, to ponownie ucieszyło mnie zaciekawienie słuchaczy i ich zaangażowanie w dyskusję – do tego stopnia, że nie mogłam ich wygonić z sali, kiedy skończył się czas, a potem jeszcze pół godziny staliśmy i rozmawialiśmy poza salą! Poza tym ciepło robiło mi się na serduszku, kiedy słyszałam opinie na temat mojego wystąpienia. Takie chwile bardzo motywują, aż człowiek chce dalej zdobywać wiedzę i się nią dzielić 🙂

IMG_4500

Poza wszystkimi atrakcjami nie należy zapominać o tym, co przyjemne, zawsze oczekiwane i… tak, zabiera sporo pieniędzy. Stoiska sprzedażowe i jedzenie. Co do jedzenia, to podobało mi się zróżnicowanie – jedni mogli zjeść polski obiad, inni udon, sushi (naprawdę niezłe, żywiłam się nim przez cały konwent) albo burgera. Jedzenie tematyczne i zwyczajne – bardzo dobry pomysł! A stoiska… Oj, wszystko, od komiksów, przez biżuterię, gadżety, pościel, do ubrań… I to wszystko takie piękne, niecodzienne… Mój portfel ucierpiał, ale warto było odkładać. Szczególnie cieszyły mnie stoiska komiksowe (i akurat dobrze, że na konwencie okołomangowym nie były to tylko mangi, ale znaleźć można było wydania z najróżniejszych stron świata – nowe i używane), poza tym biżuteria i rękodzieło – takich cudów to ze świecą szukać!

IMG_4437

Oba te tegoroczne konwenty były dla mnie wspaniałym przeżyciem. Jeśli się zastanawiacie, czy warto fatygować się na nie do Krakowa, to zdecydowanie warto. Ja już tęsknię i wracam za rok 🙂 A jaki jest mój kolejny przystanek prelegenta? Animatsuri 2016 w Warszawie. Oczywiście zapraszam na wykład i do wspólnej zabawy 🙂

 

NA KONIEC OGŁOSZENIE PARAFIALNE!!!

Zapraszam na bloga Ani , który pojawił się u mnie w górnym menu z boku: http://littlepeople00.blogspot.com

Kacik polecen #4 – Maj 2016

Już opadają powoli emocje po warkowych zawodach i Filozofikonie oraz Magnificonie. Następny post poświęcę tym właśnie imprezom – które były naprawdę fantastyczne (już tęsknię, koniecznie wracam za rok 🙂 ). Zakręcona zaczęłam wakacje.

Wracając do domu codziennie myślę o comiesięcznych poleceniach… dzisiaj je wysmaruję, a co! Tak, no wreszcie. Także zapraszam do majowych, wakacyjnych już poleceń Lasairy 🙂

KSIĄŻKA – Pnin – Vladimir Nabokov

IMG_4449 (1)

„Wsiąść do pociągu byle jakiego…” Zgubić walizkę… Dostać palpitacji serca… I przenieść się do… nie, nie do krainy czarów, lecz do przeszłości… Albo i nie? Powieść jednego z moich ulubionych autorów, Nabokova, która rok temu skradła mi serce. Kiedy pierwszy raz po nią sięgnęłam, podeszłam z niepotrzebnym dystansem do tej lektury, bo (muszę się przyznać bez bicia) nie znoszę schematu „nieprzystosowanego, biednego imigranta”, który według niektórych jest głównym tematem „Pnina”. Niezmiernie mnie ucieszyło, że wcale tak nie jest! Powieść Nabokova jest lekko ironicznym i śmiesznym, i strasznym ,obrazem życia w ogóle. Obrazem osobowości, wspomnień, pomyłek. Historia zatacza koło, czy to może my stoimy ciągle w tym samym miejscu, nie mogąc wyrwać się z objęć przeszłości? „Pnin” to na pewno jedna z tych lektur, która pozostawia czytelnikowi bardzo dużo miejsca na interpretację, ale i w pewnym momencie zupełnie próbuje nas zgubić i przechytrzyć. Świetna, kiedy mamy chwilę ciszy na czytanie, bo choć wydaje się prosta w odbiorze, to wcale taka nie jest. Polecam wszystkim, tym, którzy chcieliby, jak mówił Umberto Eco, „zasiąść do gry z autorem modelowym”.

KOMIKS – Oblubienica Czarnoksiężnika – Kore Yamazaki

IMG_4448

Znowu japońszczyznę wstawiasz, Kama, no weź się ogarnij… Nie bójcie się, za miesiąc też japońszczyzna w komiksach ^^ Ale planuję także coś amerykańskiego (nie, nie Marvel.. Nie, nie DC…), europejskiego i w ogóle dużo różniastych komiksów. Tylko musi nadejść odpowiedni miesiąc 🙂

Wracając do „Oblubienicy”. W Polsce ukazały się na razie 2 tomy, choć ogólnie jest ich już  5 (poprawcie mnie, jeśli więcej). Jest więc nową mangą, która zapewne nie rozwinęła się jeszcze na tyle, żeby pisać o niej dużo. Zapewne po przeczytaniu całości (za kilka lat?) lub większej części wysmaruję jakąś recenzję. Na razie mogę powiedzieć, że porwała mnie od pierwszego rozdziału (nie dajcie się zwieść tytułem rodem z komedii romantycznej – jest raczej shonenem, nie-komediowym). Piękna, magiczna (dosłownie i w przenośni), o doskonale skonstruowanym świecie, ciekawych bohaterach (jak dalej zostaną rozwiązane ich losy, tego dowiemy się w przyszłości, ale na razie zapowiadają się „ciekawie” i „łapią za serce”) i… och, cudownej grafice! Fabuła rysuje się bardzo obiecująco i już (!)jest dosyć rozbudowana jak na początek i zadecydowanie niebanalna. Tytuł warty uwagi! A do tego w przyszłym roku swoją premierę będzie miał animowany prequel komiksu. Tak, ja już nie mogę się doczekać 😛

FILM – Księżniczka Mononoke (1997)

1b32572c00163d7d4fe78933http://c.wrzuta.pl/wi7570/1b32572c00163d7d4fe78933
  • Scenariusz i reżyseria: Hayao Miyazaki
  • Produkcja: Studio Ghibli
  • Gatunek: Animacja (fantasy/historyczny/…?).
  • Wygrana Saturn 2001 za Najlepszy Film na Kasecie Video, Najlepszy Film Japońskiej Akademii Filmowej 1998 roku (nagroda Ryuu Masayuki), Wygrana Błękitna Wstęga 1998 (dla Hayao Miyazakiego) Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Tokio

Jeden z najlepszych filmów jakie kiedykolwiek widziałam w reżyserii najdoskonalszego reżysera wszech czasów, Hayao Miyazakiego (teraz ktoś posądzi mnie o subiektywizm… hej, cały blog jest mój, więc… jest subiektywny? 🙂 ). I chyba jest tylko jedna lepsza pełnometrażówka, o której napiszę jeszcze zapewne sporo (także stworzona przez Miyazakiego). „Księżniczka Mononoke” traktuje o ścieraniu się sił cywilizacji i natury, o zwierzętach, duchach, ludziach. O poszukiwaniu tożsamości, zacierając granicę „tej dobrej” i „tej złej” strony. Zamiast tego Ghibli stawia odbiorcy inne granice, tworząc nowe definicje „sacrum”, „profanum” oraz „równowagi”. Film zdecydowanie przeznaczony dla dorosłych i wymagający zastanowienia (jak większość produkcji studia, często najpierw mylnie dedykowanych dzieciom), brutalny i piękny zarazem. Genialny scenariusz, doskonała animacja, piękna muzyka – nie brakuje niczego, aby móc nadać „Księżniczce Mononoke” status arcydzieła. Taką produkcję możemy zobaczyć raz na wiele, wiele lat.

PŁYTA – I Forsee The Dark Ahead, If I Stay – The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble

the-kilimanjaro-darkjazz-ensemble-live-i-forsee-the-dark-ahead-if-i-stay                                                                                                                                                                    http://ucallthatlove.com
  • Gatunek: „doom jazz”/”funeral jazz”/”noir jazz” (jazz/dark ambient/doom metal)
  • Produkcja: Parallel Corners

To, co uderza nas najpierw, to niepowtarzalny klimat – dziwny spokój, wśród którego potem pojawiają się niepokojące dysonanse. Następnie słyszymy świetną kompozycję – wszystkiego jest „dużo”, jednocześnie dysonuje i współgra ze sobą, wiele ścieżek doskonale łączy się w całość. Potem myślimy: ” i do tego świetne wykonanie!”, bo faktycznie słychać w tym spore umiejętności muzyków. Połączenie jazzu z muzyką ambient bywa niezwykle ciekawe. Ale połączenie jazzu z dark ambientem i motywami doom metalowymi zawsze będzie mnie naprawdę fascynowało. A Kilimanjaro jest jednym z tych projektów, które łączą te gatunki naprawdę świetnie. Właśnie ten album jest idealnym odzwierciedleniem ich mistrzostwa. Nie ma na co czekać – posłuchajcie, bo być może spodoba Wam się niezależnie od tego, czy lubicie jazz czy nie albo czy lubicie dark ambient i metal, czy też nie. Ten album porwie Was natychmiast. Weźcie więc kieliszek dobrego wina albo kubek kawy, usiądźcie wieczorem przy świecach lub lampce do czytania, weźcie wyżej wspomnianego „Pnina” i włączcie „I Forsee The Dark Ahead, If I Stay”.

MIEJSCE – Pij Herbatę,

herbaciarnia (Bubble Tea), Chmielna 10 (Warszawa)

IMG_4392

W centrum Warszawy na jednej ulicy mamy czasami aż pięć herbaciarni, serwujących Bubble Tea. A z Bubble Tea jest jak z odpowiednim instrumentem – niby dużo tych dobrych, ale zawsze każdy znajdzie sobie inne „ale”. I tak jest z Warszawskimi lokalami tego typu. Zawsze herbata smaczna, ale tylko smaczna, a bo to kulki za małe, a tapioka nie taka, a wystrój nie za bardzo… Poszukując wciąż swojej ulubionej bubble-herbaciarni natknęłam się kilka miesięcy temu na „Pij Herbatę”, które wcześniej jakoś udawało mi się omijać (w sumie ciekawi mnie dlaczego tam nie zajrzałam…). I kiedy pierwszy raz tam weszłam – to było to! Pyszna herbata, ogromna różnorodność naparów, smaków i dodatków oraz świetny wystrój i klimat. Teraz chodzę tam przynajmniej 3 razy w tygodniu (to jest silniejsze ode mnie! 🙂 ).

438E9463-6D2B-4803-99DD-3D0D2CD7D92B

Samej herbacianej bazy mamy 4 rodzaje – 1 czarną i 3 zielone. Do tego możemy wybrać aż 30 słodkich smaków napoju, a w razie czego pomieszać kilka z nich i  dodać 3 rodzaje mleka (zwykłe, sojowe i bez-laktozowe). Dodatkowo mamy 3 rodzaje kuleczek boba, tapiokę i 6 rodzajów żelek

Poza naprawdę sporym wyborem ogromnym plusem jest to, że każdy element jest bardzo dobrze przygotowany i świetnej jakości. Herbaty odpowiednio zaparzone, nie „przeparzone”, i bardzo aromatyczne. Boba i żelki są naprawdę znakomite – duże i bardzo smaczne ( a z tym w lokalach z tajwańską herbatą bywa różnie). Tapioka jest odpowiednio ugotowana i taka, że aż rozpływa się w ząbkach 🙂

IMG_4385

Sporą zaletą jest obsługa. Pamiętam, kiedy nie byłam stanie przez rok chodzić do pewnej kawiarni, dopóki nie zatrudnili w niej nowych baristów. Starzy byli po prostu antypatyczni i chyba mieli pretensję do gości, że w ogóle przychodzą i jeszcze ktoś z nich śmie zapytać o mleko sojowe. W „Pij Herbatę” za barem widzimy przyjazne, młode panie, które zawsze chętnie doradzą, a nawet porozmawiają i (jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi) wymienią poglądy na temat nowych smaków. I chyba tak właśnie powinno być – obsługa składa się z energicznych pasjonatów, albo przynajmniej takich osób, które lubią swoją pracę lub w jakiś sposób ich ona ciekawi.

IMG_4381

Kolejnym, ogromnym plusem jest wystrój i umeblowanie lokalu. Pomieszczenie jest raczej niewielkie, ale na tyle duże, aby pomieściło trzy długie ławy, bar z dwoma krzesełkami i kącik kanapowy z dużą ilością miękkich poduch. Na zewnątrz także wystawione jest w lato kilka stolików. Wychodzi na to, że w niewielkiej norce na Chmielnej jest w stanie zmieścić się wielu miłośników herbaty z tapioką. Wystrój jest bardzo kolorowy, ciekawy i klimatyczny. Ławy i krzesła są pomalowane na różne kolory, leżą na nich miękkie, wzorzyste poduszki. Przy barze znajdziemy niezwykle pocieszną ścianę z rysunkami klientów, oprawionymi w kolorowe ramki (Bubble Tea z dodatkiem jajowatych głów Saitamy wygrywa…). Dlatego też lubię tam przebywać. Miejsce jest kameralne i bardzo urokliwe. Zaciszny kącik na jednej z ładniejszych śródmiejskich ulic i to urządzony w klimacie uroczej przystani słodkiej herbaty zawsze będzie przyciągał. Jedynym, niestety dla mnie dużym, minusem jest brak łazienki. To zrozumiałe, że w tak małym lokalu nie ma na nią po prostu miejsca. Ale kiedy wlewamy w siebie litry herbacianej dobroci… No właśnie, potem biegamy i szukamy w pobliżu upragnionej tabliczki z napisem „WC”. Jeśli jednak komuś to nie przeszkadza, to „Pij Herbatę” nie ma żadnych wad, a ma za to wiele zalet.

IMG_4380

IMG_4078

Wszystkich, którzy bywają w Śródmieściu lub tych, którzy przyjadą kiedyś do Warszawy mogę śmiało zachęcić do odwiedzenia jednego z moich ulubionych miejsc, jakim jest właśnie ta herbaciarnia.

Analogicznie NAPOJEM MIESIĄCA zostaje tajwańska BUBBLE TEA. Smacznego! 🙂

IMG_4219IMG_4386

Sacrimonia – kim naprawde jestesmy?

Tak, nie było mnie, matury, matury, matury… Nie było też kwietniowych ulubieńców, za co bardzo Was przepraszam (…ale nauka ważna rzecz…). W każdym razie już jestem i kończę zalegającego posta. Dzisiaj kolejne muzyczne i nie tylko muzyczne opowieści. Do wydania „New World Ascension” już coraz bliżej, więc z tej okazji… Poznajcie Sacrimonię – najbardziej harmonizujący i dysonujący zespół jednocześnie. Jak w jednej salce są w stanie wysiedzieć szalona kobieta o energicznej i dość nerwowej osobowości, maniak muzycznych ozdobników, średniowieczny krzyżowiec joannita oraz Gaalvakh Hipsteriusz Miedzianobrody, namiestnik królestwa świnek i papieru toaletowego…? O tym pragnę Wam dzisiaj opowiedzieć. Sacrimonia z punktu widzenia ich wokalistki!

7

Moja przygoda z nimi zaczęła się od tułaczki przez wiele innych składów, projektów i pomysłów. Wcześniej grałam w trzech innych zespołach, występowałam sama, ale… To wciąż było nie to. Zwykle moje tłumaczenie innym, którzy ze mną współpracowali tego, że „Chciałabym klawisze i wiolonczelę do black metalu, albo wiecie, może jakiś chórek czy skrzypce.”, kończyło się fiaskiem. Słyszałam śmiech i odpowiedź w stylu „Niby po co jakieś pianinko w blacku, dziewczyno, chyba coś ci się pomyliło albo chcesz, żebyśmy zostali kabaretem!” Do tego dochodziły wieczne prośby „Grajcie z metronomem, żeby wreszcie było równo.” albo „Uczcie się nowego materiału w domu, a nie na próbie!”. I tak wychodziło, że za każdym razem miałam już dość.

Któregoś pięknego dnia, po moim koncercie z grupą sesyjnych muzyków i kolegą ze szkoły muzycznej napisał do mnie nieznany mi wcześniej człowiek o imieniu Kuba:

Witam. Na wstępie propsy za „Blow Your Trumpets…”. Tak szczerze, to przyszedłem na ten koncert się z Ciebie pośmiać, bo nie wierzyłem, że szesnastoletnia laska umie zaśpiewać Behemotha, ale jako jedna z niewielu na dzisiejszym koncercie zrobiłaś na mnie pozytywne wrażenie. Ale do rzeczy: słuchaj, formuję zespół w klimatach symfoniczno-melodyjno blackowych (orientacyjnie Anorexia Nervosa, Cradle Of Filth, Carach Angren, Dimmu Borgir, Vesania etc), aktualnie jestem na etapie zbierania składu (na chwilę obecną mam chętną 2 gitarę i perkę) oraz pisania materiału (2 utwory skończone, nad kilkoma innymi pracuję) i piszę z pytaniem: byłabyś zainteresowana dołączeniem do takiej kapeli?

Po pierwsze byłam niesamowicie zaskoczona, że mój występ dotarł tamtego wieczoru do kogoś spoza szkolnych kolegów i kadry nauczycielskiej. Po drugie było mi bardzo miło, że zupełnie nieznajomej osobie spodobało się moje wykonanie dość popularnej wtedy piosenki. Po trzecie… O rany, nareszcie jakiś zespół, który nie chce grać krzywej pralki w akompaniamencie zachrypniętego chomika w piwnicy!

73

Tak, to ja ^

Co mogłam powiedzieć? Po dalszej rozmowie z Kubą poprosiłam o wysłanie materiału. Po jakimś czasie, kiedy przez moje życie zdążył przewinąć się jeszcze jeden, nieco inny od poprzednich, projekt, zostałam zaproszona na próbę przez zespół… wtedy bez nazwy, nazwany przez nas roboczo po prostu „Symfoblakiem”.

87

Kuba, gitarzysta ^

Weszłam do sali prób nieco speszona Starałam się oczywiście udawać niewzruszoną, chociaż tak naprawdę miałam ochotę uciec ze strachu, jak zobaczyłam miny chłopaków. Czułam się, jakbym właśnie stanęła przed turbo-bossem w grze, pomnożonym razy 4 i do tego miała tylko jedno, jedyne życie. Kiedy zaczęliśmy grać wiedziałam, że cała się trzęsę. To oczywiście częściowo minęło, jak wydobyłam z siebie pierwsze dźwięki, choć wciąż byłam potwornie zestresowana! W przerwie Filip, basista poczęstował mnie pomarańczą. Nie chciałam być gorsza :), więc sama rozdałam wszystkim ciastka, które ze sobą przyniosłam. Okazało się, że kolega od pomarańczy był także pierwszy raz, mimo, że wyglądał na bardzo spokojnego. Zaczęliśmy wszyscy rozmawiać i pierwsze napięcie zostało przełamane (szczególnie jeśli chodzi o Frania, perkusistę, który najpierw przestraszył mnie swoją postawą groźnego wojownika, a potem okazał się… bardzo miłym i przyjaźnie nastawionym rycerzem-rekonstruktorem).

101

Nasz bębniarz Franio ^

Tak się wszystko zaczęło… Oj, działo się bardzo, bardzo dużo i trwało to bardzo, bardzo długo, zanim zespół, który po długich debatach zyskał nazwę „Sacrimonia”, w aktualnym składzie zgrał się na tyle, aby nagrać przedprodukcyjne demo, a jeszcze więcej, żeby wejść do studia i perfekcyjnie zarejestrować „New World Ascension”. Nie obyło się bez wielu ciągnących się rozmów, w których ścierały się bardzo sprzeczne wizje każdego z nas. Sacrimonia to wspaniała grupa, w której skład wchodzą osobowości bardzo… ekhm, wyraziste? Niespotykane? Dziwne? Wszystko na raz. Jesteśmy zespołem złożonym z ludzi o bardzo niecodziennych zamiłowaniach i charakterach.

93

Basista Filip ^

Ja, wokalistka i autorka tekstów, jestem (jak to niektórzy czasami jęczą) „ech, rany, kobietą” i do tego taką, która wie, czego chce i stara się postawić na swoim. Często się denerwuję albo ekscytuję i wpadam w euforię. Jestem też strasznie niecierpliwa, choć przyzwyczaiłam się, że życie uczy mnie wciąż czegoś zupełnie odwrotnego. Na szczęście jestem też kimś, kto trudno się poddaje i napędza innych swoją energią (a przynajmniej tak mi się wydaje…). Nasz gitarzysta, czyli Kuba ma bardzo dobrze rozwinięte poczucie własnej wartości… to znaczy ma zadatki na księżniczkę, boga i pana albo nadczłowieka. Poza tym jest obrońcą harmonii (10 podobnych ścieżek jednego instrumentu w jednym fragmencie to przecież za mało…). Wbrew pozorom wysokie mniemanie o sobie i umiejętność kombinowania przydaje się przy organizacji i dzięki temu jest także w stanie wiele wynegocjować – jako manager sprawdza się naprawdę całkiem nieźle. Filip, basista, to wesoły i raczej mało poważny, brodaty rudzielec, dla którego czas i zegarek istnieją w alternatywnym wymiarze – zawsze w pierwszej godzinie próby musi wyjść ze swoim uroczym, białym terrierem albo łapać bezglutenowe pierożki czy kroić sojowy schab. Każdy zespół potrzebuje błazn… znaczy basisty. Na dostawcę śmiechu może z nim konkurować jeszcze drugi kolega z sekcji rytmicznej – perkusista Franio. Tak jak wcześniej pisałam, na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo groźny… Kiedy widzisz Van Helsinga, mruczącego coś pod nosem i mającego minę, jakby miał ochotę wyciąć toporem połowę wrogiej armii, raczej nie myślisz o nim jako uczynnym, pomocnym, bardzo przyjaznym i głęboko wierzącym chrześcijaninie – a taki naprawdę jest joannita Franciszek. Do tego, jak wcześniej wspomniałam, dostarcza nam wielu uśmiechów – czasami zawiesza się niczym prawdziwy garowy i łapie tekst z półgodzinnym opóźnieniem. Za to z historii jest lepszym źródłem niż niejedna encyklopedia! A i poza tym z blastami jest jak ze ścieżkami harmonii u niektórych – nigdy za wiele, prawda? A uderzenie nigdy nie jest zbyt mocne…

107

Skupisko dziwolągów? Otóż to. Ale w takich właśnie warunkach jesteśmy  w stanie tworzyć coś wyjątkowego, w co każdy z nas wkłada cząstkę siebie – zarówno interpretacji, wykonania, jak i surowej pracy. Jej efektem jest album „New World Ascension”, z którego dwa utwory („Ensorcelling Darkness” oraz „Katabasis”) można już posłuchać:

O TUTAJ

I TUTAJ

Płyta w wersji fizycznej ukaże się już naprawdę niebawem – tak, naprawdę niebawem, także zachęcam do śledzenia FANPAGE’A.

12734149_599507933536851_6907245891529412189_n

Fotografia: Aleksandra „Krucza” Burska.

Okładka „New World Ascension”: Piotr Szafraniec.

Kacik polecen #3: Marzec 2016

Marzec to dziwny miesiąc. Z jednej strony robi się, cieplej, z drugiej – wciąż jest zimno, a do tego mokro. Przyjemne, zimowe dni odchodzą w zapomnienie,  wprawiając nas w coroczną nostalgię. Z drugiej strony ciepły, wiosenny okres idzie do kraju kwitnącej cebuli tak ślamazarnie, że nie wiesz już czy się denerwować i płakać, czy może zupełnie tracić nadzieję na to, że kiedyś wyjdziesz w shortach, napić się rano kawy na tarasie. To czas zdenerwowania na wszystko, co się rusza (albo i nie rusza, jak na przykład stare meble w pokoju) oraz zmiennych nastrojów. Często tak zmiennych, że nawet nie wiemy za co się zabrać, żeby nie odłożyć tego po minucie. Dzisiaj proszę – jeśli wybierzecie coś z tego, co przedstawię, to dokończcie to. Nie będziecie żałować (przynajmniej przełamiecie permanentny stan „nicniechcenia – zadużochcenia”, a to cudowne uczucie).

IMG_3905

KSIĄŻKA – Pan Lodowego Ogrodu – Jarosław Grzędowicz

IMG_3908

Na ogromną niechęć do wszystkiego warto czasami sięgnąć po fantastykę. Na nasze szczęście zdarzają się tacy twórcy, dla których smoki i trzymająca w napięciu historia, zwieńczona wielką bitwą, to nie wszystko. Do nich możemy zaliczyć Grzędowicza ze swoją fantastyczną, ale jednocześnie niebanalną, czterotomową powieścią „Pan Lodowego Ogrodu”. Upiory i potworne stworzenia różnej maści, człowiekopodobne istoty, mające niejednoznaczne zamiary, uroczyska, cmentarz katatoników. Wciąż brzmi zwyczajnie? Obiecuję Wam, że na pewno nie… Ale więcej zdradzać nie będę, niech każdy przekona się sam.

KOMIKS – Noragami – Adachi & Tokashiki (Adachitoka)

IMG_3906

Przyjemny w odbiorze shonen, nie skupiający się tylko i wyłącznie na walkach, ale posiadający genialną fabułę i nieco głębsze przesłania z tomu na tom (jednocześnie autorki nie próbują nas w żaden sposób moralizować, uff…). Świetnie skonstruowani i łapiący za serce bohaterowie, piękna oprawa graficzna i naprawdę dobra konstrukcja świata.To wszystko wciągnęło mnie na dobre i (jakimś dziwnym cudem) na półce pojawiły się już trzy tomy (kiedy sądziłam, że na pierwszym poprzestanę, bo to pewnie kolejna „nudna nowość”). Serdecznie polecam na czas, kiedy złapie Was wczesnowiosenny dół. Już pierwszy rozdział wybije Wam go z głowy!

FILM- Wilcze Dzieci (2012)

IMG_3909

  • Scenariusz:  Mamoru Hosoda i Satoko Okudera. Reżyseria:  Mamoru Hosoda.
  • Produkcja: Studio Chizu, Madhouse Inc..
  • Gatunek: Animacja (fantasy/okruchy życia).
  • Wygrana Nagroda Japońskiej Akademii Filmowej jako „Animacja filmowa roku” 2013, wygrana Tokyo Anime Award „Animacja roku” 2013, 3-cie miejsce Newtype Anime Awards „Film roku” 2013, wygrana „Nagroda publiczności” New York International Children’s Film Festival… oraz 3 inne nagrody.

Produkcja drugiego największego (zaraz po legendarnym już Miyazakim) japońskiego twórcy animacji to niesamowita i piękna wizulanie opowieść o poszukiwaniu tożsamości przez dorastające pół-wilcze, pół-ludzkie dzieci. Bardzo rzadko można znaleźć tak dobry film animowany. Jeśli nie wiecie, co zrobić w wielkanocny wieczór, to usiądźcie przed ekranem i włączcie Wilcze Dzieci.

PŁYTA – Par Un Sourire – Bonjour Tristesse

IMG_3907

  • Gatunek: Depressive/Suicidal Black Metal.
  • Produkcja: Self Mutilation Services.

Dzisiaj sięgnę po coś specyficznego, skierowanego do wielbicieli bardzo ciężkich, depresyjnych brzmień. Niemiecki Bonjour Tristesse to raczej mało znany projekt, możliwe, że ze względu na to, że jest jeszcze dosyć nowy. Przyjrzyjmy się dokładniej ich pierwszemu longplayowi, Par Un Sourire.

To, co widzimy na początku, to estetyczna czarno-biała okładka, z grafiką częściowo przypominającą zdjęcie, częściowo komputerowy „rysunek”, ukazującą gołębie na biednych przedmieściach lub w opuszczonej dzielnicy miasta. Pod spodem widnieje raczej mało czytelne logo. Całość oprawiona jest w klasyczną, grubą, plastikową okładkę i posiada bardzo dobrze wykonany i wydrukowany w dobrej jakości (także czarno-biały) booklet („książeczkę”) z klimatycznymi zdjęciami. *

Par Un Sourire to jeden z najbardziej jednorodnych stylistycznie albumów, jakie znam. I może, gdyby zdarzyło się to na płycie innego projektu, to mogłoby to przeszkadzać. Uznałabym ją za mało ciekawą. Ale tutaj monotonia w ogóle nie przeszkadza, a wręcz jest ogromną zaletą longplaya (powoduje w efekcie także to, że ciężko jest w ogóle pisać o poszczególnych utworach). Jednorodne, powtarzane wielokrotnie riffy, grane w bardzo prostym rytmie przez klasyczny zestaw gitary, basu i perkusji, czasami dopełniany przez pianino lub syntezator i wykończony histerycznym, screamowym wokalem. Możemy mieć wrażenie, jakbyśmy właśnie słuchali czterdziesto-minutowego utworu, a nie całego albumu. Nadaje to niesamowitego klimatu i wprowadza odbiorcę w specyficzny „trans”, któremu towarzyszą uczucia spokoju i lekkiej melancholii. Utwory są bardzo proste, nieskomplikowane. W tym wypadku jednak, dobrze wykonana prostota zdaje egzamin. Niestety wokalu nie można nazwać mocną stroną Bonjour Tristesse, ale wraz ze studyjnymi efektami na niego nałożonymi, pasuje do reszty i nie przeszkadza, a niektórym może wydawać się dobrym, emocjonalnym wykończeniem.

Tym, do czego można mieć zastrzeżenia jest jakość nagrania i miksu. Nie jest wprawdzie bardzo zła i widać, że płyta nie była efektem „zabawy w domu przy interfejsie”, ale często dźwięki są mało selektywne, a instrumenty (niewiele, ale jednak) „zlewają się” ze sobą, tworząc delikatny szum. Efekty nałożone na poszczególne ścieżki wprawdzie idealnie pasują do klimatu muzyki, ale przez nie do końca dobry miks przeszkadzają nieco w odbiorze.

Par Un Sourire to płyta na swój sposób piękna i wyjątkowa. Utwory na niej zawarte są bardzo spójne i niesamowicie klimatyczne, do tego proste i tak samo prosto, ale poprawnie wykonane. Ten album został raczej przeznaczony do słuchania w samotności i idealnie nadaje się zarówno do spokojnego odbioru w domowym zaciszu, jak i przy okazji dłuższych spacerów w mieście, czy wieczornego joggingu (zapewne dzięki powtarzalnemu rytmowi). Nie jest to ani arcydzieło wirtuozerii, ani też mistrzostwo w warstwie dźwiękowej nagrania, za to jest to coś naprawdę wyjątkowego. To almum, który słuchany z zastanowieniem pomaga w pewnym stopniu odłączyć się od swoich dotychczasowych myśli i wejść w niesamowity stan upojnej, spokojniej melancholii i wyciszenia.

*Posiadam pierwsze wydanie z 2010 roku, wydanie nowe, czyli z 2015 jest sprzedawane w digipacku.

MIEJSCE – Cofeina Cafe,

kawiarnia, Polna 54 (Warszawa)

Cofeina to miejsce, gdzie niemal codziennie spędzam swój poranek, pisząc między innymi to, co właśnie czytacie 🙂 Duży wybór różnych rodzajów dobrej kawy i herbaty, bardzo dobre piwa i gazowane napoje na bazie coli czy yerba mate i coś niewielkiego „na ząb” do ulubionego picia. Całkiem przyjazna muzyka w tle, ogólnodostępne Wi-Fi i ciepły, estetyczny wystrój.

  • Kawa: 7/10.
  • Herbata: 9/10.
  • Piwo: 9/10.
  • Obsługa: 7/10 – ostatnio zdecydowanie się poprawiła w stosunku do tego, co było rok lub dwa lata temu, bariści są mili i pomocni.
  • Klimat: 7/10.

NAPÓJ MIESIĄCA – Yerba Mate!

IMG_3798

Tradycyjny południowoamerykański wywar z ostrokrzewu paragwajskiego, parzony w tykwie i pity przez rodzaj słomki-łyżki zwanej „bombillą”. Jeden z moich ulubionych naparów, ostatnio ponownie towarzyszył mi często przy wieczornej lekturze.

Podoba się? Skomentuj, udostępnij, polub.

Obserwuj! –>

Jacy są wasi „ulubieńcy marca”? Zostawcie komentarze 🙂